Uciekinierzy w Świdnicy w 1945 roku

W styczniu 1945 roku przebywało w Świdnicy w domu starców mieszczącym się w budynkach skasowanego w roku 1940 klasztoru Urszulanek oraz u swych krewnych sporo mieszkańców Berlina i innych miast niemieckich, którzy schronili się tutaj przed częstymi wtedy nalotami bombowców alianckich na zachodnie i środkowe obszary Trzeciej Rzeszy. W ostatniej dekadzie stycznia przyjechało też wielu Niemców uchodźców z Górnego Śląska, m.in. z Katowic i Zabrza, szukających schronienia u znajomych czy krewnych. W tym samym czasie przybyły tu zorganizowane transporty ewakuacyjne ludności zamieszkałej na terenach położonych przy wschodniej granicy Dolnego Śląska, na które wkraczała wtedy Armia Czerwona.
Z akt Urzędu Stanu Cywilnego w Świdnicy wynika, że 20 stycznia byli w mieście uciekinierzy z powiatu sycowskiego i z Wrocławia, 22 stycznia - z Bierutowa, Namysłowa, Trzebnicy i Środy Śląskiej, 23 stycznia - z powiatu niemodlińskiego, opolskiego, wrocławskiego, oleśnickiego i z Oleśnicy, 24 stycznia - z powiatu Środa Śląska, 26 stycznia - z powiatu trzebnickiego i kluczborskiego oraz z Opola, 28 stycznia - ze Strzelina i powiatu strzelińskiego, z powiatu namysłowskiego oraz z Koźla, 30 stycznia - z powiatu brzeskiego i z Nysy oraz z Niemodlina, 31 stycznia - z Brzegu, 7 lutego - z powiatu głubczyckiego, 8 lutego - z Milicza, 10 lutego - z powiatu Olesno, 15 lutego - z Grodkowa i Lubina. Około 25 stycznia dotarli do Świdnicy też Niemcy pochodzący z dawnego województwa stanisławowskiego, których osiedlono na zabranych Polakom gospodarstwach we wsiach powiatu sieradzkiego i kępińskiego. Przybyli oni zapewne w kolumnie wozów. Szczególnie dużo uciekinierów napłynęło z rejonu Oleśnicy. Był wśród nich i katolicki proboszcz oleśnicki, który w Świdnicy chrzcił, udzielał ślubów i też prawdopodobnie grzebał niektórych swoich parafian.
Na przełomie pierwszej i drugiej dekady lutego przepłynęła przez Świdnicę fala uciekinierów z rejonów leżących na północ od Świdnicy. Byli to uciekinierzy m.in ze Strzegomia, Pastuchowa, Łażan i Żarowa, to jest z terenów, które w tym czasie znajdowały się już bardzo blisko frontu.
Niektórzy z uciekinierów przyjechali pociągami ewakuacyjnymi lub na ciężarówkach wojskowych. Inni, zwłaszcza zamieszkali na wsi, jechali w kolumnie wozów. Część szła pieszo.
Uciekinierzy mieli uciążliwe warunki podróży, o czym świadczy pokaźna liczba zgonów niemowląt, dzieci i starców podczas wędrówki lub wkrótce po jej ukończeniu. Zgony te zarejestrowano w księdze zgonów USC w Świdnicy.
Księga ta informuje nas również o tym, że podczas podróży, zapewne pociągiem, zaduszone zostało trzytygodniowe niemowlę, wiezione z powiatu oławskiego. Inne niemowlę zmarło chyba zamarzając w drodze z Tyńca nad Ślężą do Świdnicy. Do wojskowego szpitala przywieziono około 6-letniego chłopca, z pewnością zagubionego w drodze, który znał tylko swoje imię i wkrótce zmarł w stanie krańcowego wyczerpania. Przed dworcem Świdnica Miasto zmarł na zawał serca, na pewno po zakończeniu wyczerpującej podróży, 66-letni chłop z powiatu Brzeg, a na dworcu - 70-letnia uciekinierka z Lubina.
Bardzo wielu uciekinierów umierało w dwóch świdnickich szpitalach: szpitalu Sióstr Elżbietanek przy ul. Westerplatte i w ewangelickim szpitalu "Bethanien" przy ul. Saperów, w prywatnych mieszkaniach świdniczan lub w przejściowych obozach, jakie powstały w mieście.
Najwcześniej utworzono taki obóz przy ul. Jagiellońskiej 5 jako tzw. "Fluechtlingsheim". Był tu początkowo punkt zborny dla przybywających do Świdnicy uciekinierów, w którym ich rejestrowano i kierowano na kwatery w mieszkaniach świdniczan. Już 22 stycznia istniał też obóz w gmachu tzw. Hindenburgschule, gdzie obecnie mieści się III Liceum Ogólnokształcące przy ul. Kościelnej 32. Od 24 stycznia udokumentowane jest istnienie obozu w kompleksie budynków tzw. Fundacji Kessla mieszczącym się przy końcu ul. Wałbrzyskiej za gmachem Zespołu Szkół Budowlano-Elektrycznych.
Uciekinierów w podeszłym wieku lokowano w domu starców przy ul. Kotlarskiej 19 oraz w miejskim domu opieki społecznej mieszczącym się w pomieszczeniach dawnego klasztoru Kapucynów przy ul. Zamkowej 4. Ponadto uciekinierzy byli zakwaterowani również w różnych świdnickich budynkach szkolnych i salach widowiskowych, jak w salach kinowych oraz w hotelach. W tych ostatnich zdaje się zakwaterowywano głównie matki z niemowlętami.
Uciekinierzy, zwłaszcza w podeszłym wieku, umierali głównie z wyczerpania organizmu powodującego niewydolność krążenia, na zapalenie płuc czy inne choroby układu oddechowego, a także z powodu odmrożeń. Nazwisk i bliższych danych personalnych wielu zmarłych nie udało się ustalić, więc grzebano ich bezimiennie, najczęściej w grobach masowych. Do takich osób zaliczamy również i dwie osoby zmarłe w gmachu dzisiejszego III Liceum Ogólnokształcącego: około 75-letniego mężczyznę oraz około 65-letnią kobietę narodowości polskiej albo rosyjskiej.
Świdnicka księga zgonów USC zawiera dane, z których wynika, że w okresie od 22 stycznia do 23 lutego 1945 roku zmarło w Świdnicy ogółem 136 uciekinierów, w tym 19 niemowląt oraz 99 starców w wieku powyżej 60 lat.
Niektóre uciekinierki rodziły dzieci wkrótce po przybyciu do Świdnicy. Zdarzało się, że płód ulegał uszkodzeniu podczas uciążliwej ewakuacji i dziecko rodziło się martwe. W aktach świdnickiego USC w okresie od 23 stycznia do 12 lutego zarejestrowano 63 urodzenia żywe u ewakuowanych kobiet.
Jedna z siedemnastoletnich wówczas dziewczyn niemieckich wspomina, że w końcu stycznia i w początkach lutego 1946 roku pełniła służbę Czerwonego Krzyża na dworcu Świdnica Miasto. Transporty z uciekinierami zatrzymywały się nieplanowo. Prawie z każdego wagonu rozlegał się płacz dzieci. Starano się podawać ciepłą herbatę i mleko. Jedna z matek wysiadła, aby podgrzać buteleczkę z zupą dla niemowlęcia. Wtem pociąg ruszył i odjechał z jej dzieckiem. Pewnej nocy po odjeździe pociągu ujrzano na peronie siedzące na walizce płaczące małe dziecko. Matka nie zdążyła wysiąść z resztą bagażu.
Wśród ewakuowanych znaleźli się w Świdnicy też i jeńcy wojenni oraz robotnicy przymusowi. Był wśród nich jeniec francuski ze Strzelc Świdnickich i zatrudniony poprzednio w Strzeblowie Polak, którzy stali się ofiarami nalotu lotniczego, były Polki i Rosjanki w ostatnim stadium ciąży, których dzieci przychodziły w Świdnicy na świat i była Ukrainka imieniem Tosia, która ze swą nowonarodzoną córeczką odbyła uciążliwą podróż z powiatu oławskiego. Dziecko zaziębiło się w drodze i zmarło w Świdnicy w pięć dni po urodzeniu.
W styczniu i w początkach lutego istniały w niektórych świdnickich gmachach szkolnych rezerwowe szpitale wojskowe. Gmachy te, jak np. dzisiejsze II Liceum Ogólnokształcące przy ul. Równej oraz gmach I Liceum Ogólnokształcącego przy ulicy Pionierów, oznakowane były olbrzymimi znakami Czerwonego Krzyża, co miało uchronić je przed atakami z powietrza. Ponadto w okresie od 28 stycznia do 10 lutego mieściło się w Świdnicy kilka wojskowych szpitali polowych, w których pielęgnowano żołnierzy rannych na dolnośląskich frontach. Funkcję szpitala polowego spełniał w późniejszym okresie również szpital Sióstr Elżbietanek przy ul. Westerplatte. Pod koniec wojny był on ewakuowany do Czech, skąd personel szpitalny powrócił w końcu maja albo na początku czerwca 1945 roku do Świdnicy.

Edmund Nawrocki
rozdział z książki "Z dziejów Świdnicy"

27 lipca 2017 - Aureliusza, Natalii, Rudolfa