Ewakuacja Świdnicy w 1945 roku

Pod koniec pierwszej dekady lutego, kiedy to Armia Czerwona rozpoczęła tzw. operację dolnośląską, zaczęto spodziewać się, że walki frontowe mogą przenieść się również na teren Świdnicy. W pierwszej kolejności zarządzono więc opuszczenie miasta przez licznie przebywających tu uciekinierów. Wyjeżdżali oni pociągami w kierunku zachodnim przez Jaworzynę Śląską i Wałbrzych oraz południowym przez Dzierżoniów, Kamieniec Ząbkowicki i Kłodzko, najczęściej zaś linią kolejową prowadzącą przez Mieroszów do Czech. Kolumny wozów ruszały przeważnie na południowy zachód, aby przez Zagórze i Głuszycę doliną między Górami Sowimi a Kamiennymi dotrzeć czasem aż w okolice Pragi lub nawet do Bawarii.
Nazajutrz po pierwszym bombardowaniu miasta, w poniedziałek 12 lutego gdy czołgi radzieckie pojawiły się w odległej o 22 km Kostrzy, przystąpiono do ewakuacji stałych mieszkańców Świdnicy oraz urządzeń zakładów przemysłowych. Rozkaz ewakuacji ogłoszono posługując się samochodem z megafonami. Mieszkańcy udawali się w drogę koleją, samochodami, zwłaszcza ciężarówkami wojskowymi, zaprzęgami konnymi, na rowerach oraz pieszo. Według ustnych relacji, pociągi podstawiane były często z kilkunastogodzinnym opóźnieniem na stację Świdnica Miasto, Świdnica Przedmieście, Świdnica Kraszowice, a nawet Szczawienko. Takim podstawionym na stacji Świdnica Kraszowice pociągiem ewakuacyjnym wyjechały rodziny wojskowych niemieckich do Saksonii. Tamże ewakuowano również pociągiem grupę kobiet ze Świdnicy, z których wiele straciło życie w dniach 13 i 14 lutego 1945 r. podczas dywanowego nalotu bombowców angielskich na Drezno. Wozem meblowym udał się spedytor świdnicki wraz z sąsiadami do Czech drogą na południowy zachód i po drodze pozostawił sąsiadów u ich krewnych w Nowej Rudzie.
Pewna proletariacka rodzina z ul. Kościelnej nie chciała opuścić miasta, lecz ukryła się w piwnicy. Stamtąd wyprowadzili ją przemocą żołnierze, załadowali na ciężarówkę i wywieźli przez Kłodzko do Czech. Matka tej rodziny wróciła po dwóch dniach po kryjomu do Świdnicy, aby zabrać pościel i bieliznę pozostawioną w mieszkaniu.
Także i inni ewakuowani świdniczanie, którzy przebywali na pobliskich terenach, np. w Kłodzku, przekradali się czasem nawet kilkakrotnie do opustoszałego miasta, aby stąd zabrać różne potrzebne im rzeczy. Ewakuacja Świdnicy trwała co najmniej tydzień, czego dowodem, że jeszcze w sobotę 17 lutego na dworcu wiele osób oczekiwało na pociąg ewakuacyjny.
W Czechach znalazły się też niektóre urządzenia przemysłowe dzisiejszej Fabryki Aparatury Przemysłowej "PAFAL" SA. ze Świdnicy oraz Świdnickiej Fabryki Urządzeń Przemysłowych wraz z zabraną przez magazyniera tej fabryki szkatułką z platyną.
Podróż do głębi Czech niektórych uciekinierów świdnickich trwała w warunkach wojennych nawet i dziesięć dni, a podróż wozami do Bawarii przez Czechy - nawet sześć tygodni. Po zakończeniu podróży uciekinierów umieszczono w szkołach, gdzie sypiali na rozścielonej na podłodze słomie, w barakach obozowych albo dokwaterowano miejscowym mieszkańcom.
Wśród ewakuowanych do Czech była też grupa polskich robotnic przymusowych zatrudnionych w zakładach magnezytowych (obecnie Dolnośląskie Zakłady Magnezytowe S.A. w Świdnicy). Grupa ta około połowy lutego musiała przybyć do punktu zbornego w urzędzie pośrednictwa pracy (Arbeitsamt) mieszczącym się w budynku dzisiejszego internatu Zespołu Szkół Medycznych przy ul. Wałbrzyskiej. Stąd pod konwojem, wśród śniegów i mrozów prowadzono kobiety ku granicy czeskiej. Zdane na własny prowiant, przeżywały ostrzeliwanie z powietrza i nocowały w zimnych, opuszczonych budynkach fabrycznych.
Po drodze napotkały kolumnę wynędzniałych więźniów obozów koncentracyjnych, nad którymi pastwili się esesmani. Widziały jak tresowane psy wciągały ciała więźniów do rowu. Kobiety doprowadzono do Trutnova, gdzie pracowały w fabryce i w maju 1945 r. zostały wyzwolone przez Armię Czerwoną.
W lutym 1945 r. Świdnica nie została jeszcze objęta ewakuacją totalną, więc w mieście pozostali ci z mieszkańców, których obecność była nieodzowna albo którzy uzyskali od władz wojskowych specjalne zezwolenie. Byli to między innymi członkowie zawodowej straży pożarnej, policja, prokurator, niektórzy urzędnicy administracji, gospodarki i sądownictwa, pracownicy elektrowni, gazowni i wodociągów miejskich, elektrycy, piekarze, rzeźnicy, lekarze, aptekarze, duchowni obu wyznań, katolickiego i ewangelickiego. Pozostało również nieco niezdolnych do ewakuacji osób w wieku podeszłym wraz ze swoimi opiekunami w mieszkaniach własnych czy w domu starców przy ul. Sprzymierzeńców.
W ewakuowanej Świdnicy pozostał też zbiegły z obozu Żyd niemiecki Josef Blumenfeld (zmarł w RFN), ukrywający się w domu Agnieszki Faron przy ul. Kotlarskiej 20, jak również ukryty na ul. Pułaskiego pewien dezerter z wojska niemieckiego.
Aby w zagrożonym nalotami mieście zabezpieczyć swobodę poruszania się, straż pożarną wraz z wyposażeniem zakwaterowano w Bystrzycy Dolnej oraz w Witoszowie Dolnym. Jeden z członków tej straży podaje, że wiosną 1945 r. straż pożarna nie miała wiele do roboty, ponieważ w wyludnionej Świdnicy nie było czego gasić.
Członkowie straży obserwowali codziennie wieczorem radziecki samolot zwiadowczy, tzw. popularnie "kukuruźnik", który wykonywał regularny lot wzdłuż pasm Przedgórza Sudeckiego. Dopiero pod koniec wojny, w fazie totalnej ewakuacji, 6 maja 1945 r. otrzymała straż pożarna rozkaz wyjazdu do Czech. Udała się tam ze sprzętem, ale po kilku dniach, wkrótce po kapitulacji Niemiec, powróciła znów z całym wyposażeniem do Świdnicy.
Już w okresie poprzedzającym ewakuację miasta wydarzyło się w Świdnicy kilka samobójstw i morderstw, które nasiliły się w okresie późniejszym. Popełniali je przeważnie ludzie starzy wybierający raczej dobrowolną śmierć niż trudy tułaczki. Najbliższych swoich mordowali i zazwyczaj potem samobójstwem kończyli ci, którzy w istnieniu Trzeciej Rzeszy upatrywali swój ostateczny cel życiowy i zagłada państwa stanowiła dla nich całkowitą katastrofę.
Księga zgonów USC oraz księgi zmarłych parafii świdnickich zachowały wzmianki o takich samobójstwach. I tak 21 stycznia otruły się gazem świetlnym dwie siostry w wieku 83 i 74 lata, 22 stycznia - 82-letnia rencistka z 42-letnią córką. 23 stycznia rzucił się pod koła ciężarówki na ulicy Grodzkiej przed domem nr 19, 51-letni uciekinier z powiatu oleśnickiego, którego żona przebywała w Gross Rosen. 28 stycznia prawdopodobnie rodzice otruli gazem dwoje dzieci w wieku 5 i 4 lata. 29 stycznia powiesił się 51-letni adwokat z Wrocławia. 3 lutego otruła się gazem 82-letnia wdowa, 15 lutego - 23-letnia sprzedawczyni, 21 lutego - 60-letnia kobieta. Około 28 lutego otruła gazem swą 79-letnią matkę i siebie pewna 43-letnia mężatka, która przedtem kazała ewakuować swego synka (dziś jest on lekarzem w RFN). 2 marca znaleziono zwłoki otrutego gazem małżeństwa w wieku 76 i 70 lat, a nazajutrz - zwłoki 51-letniego prokuratora świdnickiego oraz jego rodziny: 48-letniej żony i dwóch jej sióstr w wieku 60 i 59 lat. 8 marca odkryto w jednym mieszkaniu zwłoki 79-letniego mężczyzny i 80-letniej kobiety, którzy otruli się gazem. Między 23 a 25 marca zastrzelił się 35-letni urzędnik administracji. 29 marca znaleziono otrute gazem: 63-letnią mężatkę i 71-letnią wdowę.
Śmiercią naturalną zmarło w mieście w okresie od 24 lutego do 7 maja zaledwie 16 osób narodowości niemieckiej, wszystkie w wieku podeszłym.
Na przedwiośniu i wiosną 1945 r., kiedy skończyły się mrozy i zimna i wydawało się, że sytuacja na froncie uległa stabilizacji, zakwaterowani w pobliskich rejonach, np. w Górach Sowich czy Kamiennych, niektórzy świdniczanie zaczęli po kryjomu wracać do miasta. Odżywiali się tu zapasami znajdowanymi w piwnicach i ukrywali przed wojskową komendą miasta.
Komenda ta szczególną srogość przejawiała w stosunku do żołnierzy niemieckich, którzy odłączyli się od swoich jednostek i uważani byli za dezerterów. Wielu takich żołnierzy rozstrzelano jeszcze w początkach maja 1945 r. i pochowano w dole obok cmentarza w Pszennie. 13 kwietnia sprowadzono ze Srebrnej Góry zwłoki zmarłej tam kobiety i pochowano je, zapewne w grobie rodzinnym, na świdnickim cmentarzu.
Zdarzyło się też w kwietniu, że pewna ewakuowana rodzina wsiadła w Pradze do pociągu i przez Berlin przyjechała nielegalnie na stację Świdnica-Kraszowice.
Kiedy u początku operacji praskiej, w dniu 6 maja 1945 r. zarządzono totalną ewakuację Świdnicy, niektórzy przebywający w mieście legalnie czy nielegalnie mieszkańcy opuścili miasto. Uciekali przy pięknej pogodzie przeważnie pieszo lub na rowerach. Nie uciekli jednak daleko, bo wkrótce ogarnęły ich wojska radzieckie.

Edmund Nawrocki
rozdział z książki "Z dziejów Świdnicy"

24 listopada 2017 - Emmy, Flory, Romana