Cudzoziemscy robotnicy przymusowi, jeńcy i więźniowie w Świdnicy

Pod koniec wojny przebywali w mieście robotnicy przymusowi, jeńcy wojenni oraz więźniowie więzień i obozów koncentracyjnych dziewięciu narodowości: Belgowie, Francuzi, Włosi, Rosjanie, Ukraińcy, Litwini, Estończycy, Czesi i wielu Polaków. Wśród tych ostatnich byli także warszawiacy, którzy przybyli tutaj po powstaniu warszawskim. Dużo też było mieszkańców okolic Częstochowy i Zagłębia Dąbrowskiego, ofiar ulicznych łapanek okupanta.
Robotnicy przymusowi mieszkali w mieszkaniach prywatnych, przeważnie w izdebkach na poddaszach u Niemców, u których pracowali, np. w charakterze pomocy kuchennej czy pomocnika szewskiego. Większość z nich pracowała w świdnickich zakładach przemysłowych i zakwaterowana była w większych obozach tzw. Arbeitslager.
Mieściły się one m.in. w barakach przy ul. Strzelińskiej 33-37 w pobliżu ówczesnych zakładów naprawczych taboru kolejowego (dziś Fabryka Wagonów "Świdnica"), w barakach stojących na skrzyżowaniu ulic Kliczkowskiej i Mleczna Droga (prawdopodobnie na terenie, który dziś zajmuje Świdnicka Fabryka Urządzeń Przemysłowych), przy ul. Ofiar Oświęcimskich 28, na strychu budynku przemysłowego przy ul. Westerplatte 51 (na terenie obecnych Dolnośląskich Zakładów Magnezytowych S.A.), w pomieszczeniach przy ul. Okrężnej 1 oraz w wielu innych miejscach, które trudno dziś ustalić.
Niektóre robotnice przymusowe rodziły w świdnickich szpitalach. Dzieci ich bardzo często umierały w prowadzonym przez ewangelickie siostry miłosierdzia domu małego dziecka przy ul. Konopnickiej 1 na różne choroby spowodowane głównie niedożywieniem i przeziębieniem.
Belgijscy jeńcy wojenni przebywali w budynku stojącym w parku przy ul. Pionierów 1 i w sali przy ul. Okrężnej 1. Francuzi mieli być zakwaterowani w domu przy ul. 1 Maja 7, Włosi - przy obecnej Fabryce Wagonów. Ponadto jeńcy mieli też przebywać w mniejszych grupach w różnych innych punktach miasta, m.in. na lotnisku wojskowym.
Dopiero na przedwiośniu 1945 r. powstały w Świdnicy obozy, w jakich skupiono tych przymusowych robotników, którzy poprzednio zatrudnieni byli na terenach objętych totalną ewakuacją, to jest na terenach zajętych już przez wojska radzieckie i polskie lub leżących bardzo blisko linii frontu. Obozy te mieściły się w opuszczonych przez niemiecką służbę pracy (Reichsarbeitsdienst) barakach przy ulicy Częstochowskiej oraz w gmachu tzw. Fundacji Kessla na końcu ul. Wałbrzyskiej, skąd ewakuowano uciekinierów niemieckich.
Jeden z mieszkańców obozu przy ul. Częstochowskiej, szesnastoletni chłopiec polski, musiał wozić amunicję zaprzęgiem konnym z Kamiennej Góry do znajdującego się w pobliżu frontu Mietkowa. Transport ten był wielokrotnie ostrzeliwany z samolotów radzieckich. Grupa dziewcząt polskich z tego obozu, wśród których było wiele warszawianek, musiała wiosną 1945 r. obsiewać pola w Pszennie.
W styczniu i lutym 1945 r., zapewne aż do ewakuacji miasta, w więzieniu świdnickim przy ul. Trybunalskiej trzymano więźniów. Jednym z nich był 38-letni kucharz i kelner z Paryża, Maroau Simas, zmarły 12 stycznia rzekomo na słabość serca i zapalenie płuc. Inny Francuz, 23-letni Gerard Massot z Fontainebleau, zmarł 6 lutego rzekomo z wyczerpania i słabości serca, prawdopodobnie po odbyciu marszu z więzienia wrocławskiego.
Nasilenie zgonów więźniów na przełomie stycznia i lutego zdaje się świadczyć o tym, że niektórych więźniów ewakuowano wtedy, zapewne pieszo, z innych więzień do więzienia świdnickiego. W okresie bowiem od 23 stycznia do 6 lutego odnotowano w księdze zgonów USC śmierć aż 5 uwięzionych.
Do marca 1945 roku istniała w Świdnicy filia obozu koncentracyjnego Gross Rosen, tzw. "Kommando Schweidnitz". Filia ta powstała w pierwszej połowie 1944 r. Przebywało w niej około 200 więźniów pracujących w dwóch kolumnach roboczych: mniejszej, kilkudziesięcioosobowej przeznaczonej do robót pomocniczych i budowlanych oraz większej, produkcyjnej, zatrudnionej przy remoncie zniszczonych wagonów.
Więźniowie należący do "Kommando Schweidnitz" mieli swój obóz na terenie dzisiejszych Zakładów Elektrotechniki Motoryzacyjnej oraz zapewne na terenie obecnej Fabryki Wagonów "Świdnica". W marcu 1945 r. zostali ewakuowani w rejon Żytawy (Zittau).
O likwidacji i zgonach więźniów świdnickiej filii obozu koncentracyjnego nie ma żadnych wzmianek w dostępnych źródłach. Wydaje się jednak, że znajdowane w ziemi na terenie Świdnicy szkielety (m.in. na terenie Miejskiej Oczyszczalni Ścieków) mogłyby być dowodem zbrodni popełnianych na uwięzionych.
Akta USC odnotowały zgony cudzoziemców w ewakuowanej Świdnicy. Oprócz wymienionych już ofiar nalotów lotniczych, w okresie od 25 lutego do 1 maja 1945 r. zapisany jest zgon 36-letniego Rosjanina, urodzonego w Moskwie Sergieja Simina z obozu przy ul. Strzelińskiej oraz zgony osób narodowości polskiej z obozu przy ulicy Kliczkowskiej: 43-letniej mężatki Józefy Knop i 44-letniej wdowy Elżbiety Kapral oraz jej 11-letniego syna Stanisława, jak również trojga małych dzieci w wieku poniemowlęcym. Przyczyną śmierci tych ludzi była przeważnie czerwonka.
W obozie przy ul. Wałbrzyskiej, na miesiąc przed wyzwoleniem zmarło dwóch warszawiaków: 31-letni pomocnik maszynisty kolejowego i jego szwagier - 25-letni maszynista kolejowy. Obaj zatruli się alkoholem metylowym.
Ponadto zmarło w obozie na lotnisku 19-miesięczne polskie dziecko oraz 4-miesięczne niemowlę włoskiej rodziny Zoratti, którego zgon nastąpił na tydzień przed wyzwoleniem.
W mieście zdarzały się też zgony w tajemniczych okolicznościach. Na ul. Częstochowskiej, w pobliżu baraków, w nocy z 5 na 6 kwietnia znaleziono martwego 68-letniego Niemca, piekarza z zawodu, który nie wiadomo po co znalazł się w pobliżu obozu dla cudzoziemców.
Zmarłych Polaków i innych cudzoziemców chowano przeważnie bez trumien. W księgach kościelnych jako fakt niezwykły odnotowano pochowanie Kapralów, matki i syna, w jednej trumnie.
Jakby zapowiedzią nadchodzących nowych czasów było to, że ostatnim dzieckiem urodzonym podczas wojny w Świdnicy był Polak, Stanisław Kufel, który na świat przyszedł w obozie przy ulicy Kliczkowskiej 28 marca 1945 roku. Rodzice jego pochodzili z Częstochowy.
Tylko nieliczni Polacy, zatrudnieni w drobnych przedsiębiorstwach pracujących na potrzeby wojenne, mogli za specjalnym zezwoleniem pozostać w prywatnych kwaterach w mieście. Należał do nich m.in. 41-letni Stanisław Ekiert z Częstochowy, zmarły 11 marca w mieszkaniu przy ul. Westerplatte 12 oraz dwaj mężczyźni zatrudnieni w warsztacie remontującym wojskowe samochody. Stołowali się oni w stołówce dla cudzoziemców w Rynku 8, w kamienicy "Pod złotym chłopkiem". Z gabloty obok świdnickiej drukarni w Rynku odczytywali komunikaty wojenne i ogłoszenia o rozstrzelaniu dezerterów.
Oczekiwali wyzwoleńczej Armii Czerwonej, której zmotoryzowane oddziały ujrzeli w mieście w południe 8 maja 1945 roku.
Według relacji ustnych, cudzoziemcy znajdujący się w obozie przy ulicy Częstochowskiej zostali 8 maja rano o godzinie 7.00 zwolnieni z obozu. Powiedziano im, że mogą pójść dokąd chcą. Niektórzy przeprawili się przez Bystrzycę i przeszli okrążając miasto aż do Witoszowa Dolnego, gdzie około godziny 17.00 zostali wyzwoleni przez wojska radzieckie. Na drodze wylotowej z miasta widzieli zapory przeciwczołgowe.

Edmund Nawrocki
rozdział z książki "Z dziejów Świdnicy"

26 września 2017 - Cypriana, Justyny, Łucji