Śląska Latorośl Zakonu Cystersów ...

Krótka opowieść o dziejach

Początki
Książę Bolesław Wysoki zatwierdzając w 1175 r. przebywającym w Lubiążu cystersom posiadane przez nich dobra, miał zadeklarować, iż sprowadził ich na Śląsk "nie jako rolników lub rzemieślników, lecz jako uczonych piewców rzeczy boskich i kontemplatorów rzeczy niebiańskich". W świetle tego zdania z ostrożnością należałoby przyjmować głoszoną ongiś tak przez polskich, jak i niemieckich badaczy i miłośników historii tezę o ekonomicznych motywach sprowadzenia zakonników na Śląsk. Najwyraźniej sami zainteresowani - zarówno książę, jak i mnisi - chcieli się zabezpieczyć przed taką interpretacją swego przybycia. Dla nich najistotniejszym wymiarem sprowadzenia mnichów był ten religijny, duchowy, dopiero z niego mogły wynikać wszelkie inne.

Wizja to piękna i bez wątpienia miła sercom braci przybyłych z saskiego opactwa w Pforcie, którzy dokument ten na polecenie władcy przygotowywali. Czy sam władca podzielał jednak ich zdanie? W znacznej mierze wypadnie na to pytanie odpowiedzieć twierdząco. Przekazał im przecież dla zabezpieczenia ich potrzeb życiowych wsie już zagospodarowane i tętniące życiem. Nie dajmy się zwieść wizji wielkiej rewolucji w rolnictwie śląskim zachodzącej pod wpływem zakonników, którą zresztą sami cystersi propagowali od XIV w. Na większą skalę zmiany w pozyskanych majątkach, głównie przenoszenie wsi na prawo niemieckie, zapoczątkowali oni dopiero w XIII-XIV w. Być może jakieś nowinki technologiczne wykorzystywane w dobrach bezpośrednio nadzorowanych przez mnichów, folwarkach zwanych grangiami, rozprzestrzeniały się w prowincji. Jednak przekonujących na to dowodów dziś brak.

Jeśli więc mnisi przybyli na Śląsk, a później zasiedlili kolejne opactwa, to stało się to przede wszystkim skutkiem osobistej pobożności fundatorów. Na ich potrzeby tak żywo odpowiadało życie zakonne prowadzone przez synów św. Bernarda. Rzecz jasna, władcy Śląska nie byli pod tym względem oryginalni, cystersi w wiekach XII i XIII cieszyli się szczególną sympatią europejskiego rycerstwa i arystokracji. Siłą rzeczy na decyzję kolejnych dobroczyńców zakonu silny wpływ wywierała swoista moda na wspierania tego zakonu wśród wyższych warstw społeczeństwa europejskiego w tym okresie. Chcąc być poważanym władcą należało godnie opiekować się Kościołem w swoich ziemiach, w tym fundować nowe klasztory. Decydując o wyborze konkretnych zakonników sięgano po wzorce znane sobie czy to z tradycji rodzinnej, czy to od tych, którzy imponowali swym majestatem fundatorowi. Owszem, gospodarcza i polityczna użyteczność tych fundacji zyska na Śląsku na znaczeniu, jednak dopiero w przyszłości.

Deklarowanie w dokumencie Bolesława jako zasadniczego motywu skłaniającego go do sprowadzenia zakonników szczególnie pobożnego życia cystersów nie było więc czymś wyjątkowym. Wynikało to zresztą już z samych początków zakonu. Jego twórcą był Robert z Molesme, wywodzący się z rodziny rycerskiej mnich, dla którego życie według zwyczajów przestrzeganych w ówczesnych wspólnotach benedyktyńskich było zbyt odległe od ideału przedstawionego przez św. Benedykta w jego Regule. W 1098 r. wraz z kilkoma braćmi odszedł z założonego wcześniej przez siebie opactwa w Molesme i osiadł w Citeaux, by wieść tam ascetyczne życie zgodne z zaleceniami autora Reguły. Jego wysiłki odnowienia życia religijnego mnichów spotkały się z pełnym zrozumieniem papieża Paschalisa II, który już w 1100 r. wziął cały ruch pod swoją opiekę. Dynamiki nowemu zakonowi przydało wstąpienie doń w 1112 r. Bernarda z Clairvaux (1090-1153). Jego przykładne, ascetyczne życie połączone z głęboką znajomością Biblii i nauczania Ojców Kościoła, znakomitym piórem nie tylko teologa, ale i polemisty sprawiły, że cystersi stali się znani już nie tylko w rodzimej Francji, ale w całej Europie. Dość powiedzieć, że tylko z opactwa, którym kierował - Clairvaux - za jego życia wysłano mnichów do obsadzenia 70 nowych klasztorów.

W cystersach widziano bowiem przede wszystkim odnowicieli prawdziwego życia mniszego, bliższych niż benedyktyni idei pierwotnego, ubogiego i oddanego Chrystusowi Kościoła znanego z Ewangelii. W większym stopniu niż u ówczesnych benedyktynów kładziono nacisk na osobistą pracę fizyczną mnichów i ćwiczenia ascetyczne. Nie zaniedbywano ćwiczeń intelektualnych, choć trzeba pamiętać, że kopiowanie ksiąg traktowano wówczas jako wysiłek fizyczny. Szacunek wiernych budziło podkreślenie, że zasadniczym celem istnienia mnichów i mniszek ma być rygorystyczne dążenie do ideału życia oddanego Bogu we wspólnocie klasztornej. Wszelkie inne zadania klasztoru miały wynikać z tych założeń. Skutkiem tego ich pobożność oceniano wyżej niż benedyktynów czy kanoników, a modlitwom przypisywano większą skuteczność w staraniach o zbawienie dla dobrodziejów i osób przez nie polecanych.

Bolesław Wysoki podejmując około 1163 r. decyzję o fundacji klasztoru cystersów w Lubiążu kierował się zapewne wieloma różnymi motywami. Ogólny klimat religijny epoki miał niewątpliwie znaczący wpływ na władcę, podobnie zresztą jak stało się to w przypadku jego następców. Jednak nie bez znaczenia był przecież fakt, że jego matka została pochowana we wspomnianym już opactwie w Pforcie. Tradycja rodzinna miała więc niewątpliwie swój udział w podjęciu przez niego decyzji, a siła jej oddziaływania na Piastów śląskich będzie widoczna jeszcze przez cały XIII w. Z woli Henryka Brodatego na przełomie XII i XIII w. zapadnie decyzja o powstaniu opactwa cysterek w Trzebnicy. Starszy brat Henryka, biskup wrocławski Jarosław, ufundował krótko funkcjonujący klasztor w Kazimierzu (zwanym też Jarosławiem) obsadzając go również mnichami z Pforty. Wnuk Bolesława I, Henryk Pobożny, został formalnym fundatorem opactwa w Henrykowie, dokąd przybyli cystersi z Lubiąża. Z kolei praprawnuk Wysokiego, Bolko I, powołał do życia klasztor w Krzeszowie, zasilony mnichami z Henrykowa. Piastowski patronat zadecydował również o trwaniu fundacji w Jemielnicy. Tutejszy klasztor powstał w trzeciej ćwierci XIII w.

Dużo skromniejszy był udział śląskiej arystokracji w powstawaniu nowych opactw. Henryków, którego fundację zainicjował kanclerz Mikołaj, bez wsparcia ze strony Henryka Brodatego i jego syna nie mogłaby zaistnieć także ze względów ekonomicznych. Dobrym przykładem niewielkich możliwości zapewnienia przez tutejszych możnych odpowiedniego majątku własnym fundacjom mogą być losy górnośląskich klasztorów cysterskich. Woszczowa, powołana do życia przez kanclerza książęcego w latach 30. XIII w. nie przetrwała do drugiej połowy tego wieku. Z kolei opactwo w Jemielnicy, wspólna fundacja trzech możnych, wegetowało, dopóki patronatu nad nim nie przejęli książęta opolscy. Jedynie w Cieplicach w XV w. z sukcesem możnowładczy ród Schaffgotschów sfinansował powstanie prepozytury (to jest wspólnoty zależnej od opata z klasztoru macierzystego, ale mającej znaczny margines samodzielności, zarządzanej przez przeora) mnichów z Krzeszowa. Były to już jednak inne czasy, gdy większość dawnych linii książęcych przestała istnieć a znaczenie ekonomiczne możnych wzrosło. Bardziej skomplikowane były losy klasztoru w Kamieńcu, który zasiedlony pierwotnie przez kanoników regularnych został z woli biskupa wrocławskiego Tomasza I zamieniony na klasztor cysterski. Ze względu na skromne uposażenie, a tym samym nieliczną grupę zasiedlających go mnichów, niewielką bibliotekę i bardzo umiarkowane możliwości oddziaływania na swe otoczenie nie odegrał on jednak znaczącej roli w dziejach śląskiej gałęzi zakonu. Wyraźnie widać, iż to książęca wola i książęcy gest nadający dobra pozostałym opactwom, zwłaszcza Lubiążowi i Trzebnicy, ukształtowały na wieki doniosłe miejsce cystersów w prowincji.

Szarzy mnisi w dziejach Śląska
Anonimowy cysters lubiąski spisujący około połowy XIV w. "Wiersze lubiąskie" napisał, iż pierwsi mnisi zastali prowincję śląską w opłakanym stanie. Ziemia leżała odłogiem, zalesiona, a tubylcy, Polacy, nie znali podstawowych zdobyczy cywilizacji: pieniądza, żelaza, orki z pomocą bydła pociągowego. Nie istniały nawet miasta lub zwarte osady z wyjątkiem targów przy zamkach. Dopiero z pomocą mnichów ziemia zaczęła wydawać swe owoce. Ten bodaj pierwszy obraz cywilizacyjnej roli cystersów ówcześnie nie służył przecież tylko zaakcentowaniu ich zasług dla całego Śląska. Autor w dalszej części utworu podkreślał skutki tego, iż poprzednicy żyjących współcześnie mnichów sami własną pracą naprawili opłakany stan swoich dóbr. Dlatego też cystersi niczego nikomu nie zawdzięczają, wyłącznie mnisi zapracowali na swój obecny względny dobrobyt. Rzeczą od dawna dowiedzioną jest pragmatyczny, rzec by można nawet - propagandowy charakter tego obrazu. Wyłania się z niego obraz dumnych mnichów w niewielkim stopniu czujących związek ze swoim otoczeniem, raczej skłonnych pouczać swych sąsiadów - nie mówiąc o poddanych -, niż się z nimi bratać.

Łatwo tu popaść w niebezpieczną przesadę. Rzeczywiście, pobożni mnisi nie przez wszystkich byli uważani za godnych najwyższego szacunku, na co oni odpowiadali z wzajemnością. Nic więc dziwnego, że z biegiem czasu dochodziło do konfliktów, głównie na tle gospodarczym, między mnichami a mieszkańcami Śląska. I dotyczyło to zarówno rycerstwa i mieszczaństwa, jak i książąt. Pełna przykładów rozmaitych sporów jest "Księga henrykowska", w żywych barwach oddająca sposób, w jaki swoich przeciwników postrzegali opaci domu w Henrykowie. Dla nich każdy, kto śmiał sprzeciwić się poglądom mnichów na temat własności, był grzesznikiem, równym najzagorzalszym, starotestamentowym wrogom Izraela. Dotyczyło to zarówno mieszczan z Ziębic, jak i szlachty z okolicznych wsi. W dziejach Trzebnicy mimo wielu aktów szczodrobliwości książęcej można znaleźć również oskarżenie Henryka IV Probusa, księcia Wrocławia, iż w poszukiwaniu pieniędzy nakazał poprzewracać ołtarze w kościele klasztornym, dopuścić się jego profanacji. Wreszcie w 1492 r. znanych nam mnichów z Lubiąża książęta Jan, pan Żagania i Głogowa, oraz Jerzy Albrecht i Karol, władcy Oleśnicy, nakazali wygnać z klasztoru i założyli tu swój zamek myśliwski. Dopiero w 1501 r. po osobistej interwencji króla czeskiego cystersi wrócili do swego domu.

Te wyjątkowe w gruncie rzeczy sytuacje nie mogą jednak przesłonić dużo ważniejszego faktu - klasztory utrzymywały przez większość czasu bardzo ożywione i wzajemnie korzystne kontakty z przedstawicielami wszystkich stanów społecznych na Śląsku. Za tym, że zakon bardzo szybko zadomowił się w lokalnej społeczności przemawia fakt, że niemal od samego początku w skład konwentu zaczęli wchodzić tutejsi mieszkańcy. Nie było to wcale takie oczywiste, w wielu klasztorach długi czas utrzymywano zasadę przyjmowania dla konwentu jedynie osób pochodzących z dawnej ojczyzny pierwszych cystersów przybyłych do nowej fundacji. Tymczasem w klasztorach śląskich związek z lokalną tradycją i społecznością był tak silny, że w XV w. mnichów, którzy przybywali z innych krajów Rzeszy do opactwa lubiąskiego, nazywano "Niemcami" (alemani), w odróżnieniu od pochodzenia śląskiego zwanych "Polakami" (poloni). Dziś taka deklaracja przynależności do kręgu kultury może dziwić, jeśli zważymy, że niemal wszyscy oni - i "Polacy" i "Niemcy" - posługiwali się na co dzień w mowie potocznej językiem niemieckim, choć w różnych jego lokalnych odmianach. Dla współczesnych rzecz jednak przedstawiała się zupełnie inaczej. Czuli się związani z miejscową tradycją, a z punktu widzenia pochodzącego z Rzeszy zakonnika Śląsk przynależał do kręgu "Polski". A więc i mnisi czujący się Ślązakami - dla niego byli "Polakami".

O tym szybkim wrośnięciu nowego zakonu w lokalne realia ponownie zadecydowała opieka ze strony książąt - fundatorów. To dzięki ich wsparciu i pośrednictwu możne rody rycerskie przekazywały klasztorom swoje dobra z prośbą o modlitwy za dusze darczyńców i ich rodzin. Ten mecenat rycerski czasami przewyższał nawet nadania ze strony rodu Piastów. Szczególnie hojni, lub życzliwi względem domów cysterskich rycerze fundowali już u schyłku XIII w., a także w XIV w. dla swoich rodów specjalne kaplice grobowe w kościołach opackich. Mniej wiemy natomiast o wstępowaniu do klasztorów synów rycerskich. Badania nad składem społecznym konwentów trwają nadal, dziś wiadomo jedynie, że znaczną część mnichów stanowili synowie mieszczan z bliskich klasztorom miast. Inaczej rzecz miała się z jedynym śląskim opactwem żeńskim, z cysterkami trzebnickimi. Tu patronat Henryka Brodatego i starania Jadwigi z Andechs u zarania klasztoru wyznaczył arystokratyczny i rycerski profil naboru kandydatek do welonu zakonnicy. Musiało upłynąć ponad 100 lat, zanim do konwentu zaczęto przyjmować mieszczanki, a i to wywodzące się przede wszystkim z najmożniejszego patrycjatu Wrocławia i w niewielkiej początkowo liczbie.

Związki z rodem książęcym wyznaczyły zwłaszcza dla Lubiąża i Trzebnicy szczególne miejsce w świadomości Ślązaków. Lubiąż był przez większość piastowskich władców, zwłaszcza tych o szerszych horyzontach politycznych, traktowany z niezwykłą troską. Głównie jako nekropolia Bolesława I Wysokiego, przodka wszystkich linii Piastów władających Dolnym Śląskiem a jednocześnie jako syn pierwszego seniora Polski po podziale z 1138 r. przekazującego następcom prawo do ubiegania się o zwierzchność nad całym krajem.
Do tego ostatniego, politycznego aspektu funkcjonowania opactwa odwoływał się szczególnie mocno książę głogowski Henryk walcząc o przejęcie dziedzictwa króla Przemysła II z królem czeskim Wacławem II i księciem kujawskim Władysławem, późniejszym królem Władysławem Łokietkiem. To wówczas polecił wykonać specjalne płyty nagrobne Bolesława Wysokiego i swojego brata, Przemka ścinawskiego, sławiące dzielność obu książąt, ale również ich związki z tradycją Polski.

W przypadku Trzebnicy najważniejszym było oczywiście związanie z opactwem swego losu przez księżnę Jadwigę. To tutaj przebywała ona od czasu, gdy zakończyła za obopólną zgodą pożycie małżeńskie z Henrykiem Brodatym i oddała się wyłącznie dziełom miłosierdzia. Ponieważ jej córka, Gertruda, była przełożoną opactwa u schyłku jej życia i po jej śmierci, gdy rozpoczęła starania o uznanie Jadwigi za świętą w sposób naturalny zyskała poparcie swych bliższych i dalszych krewnych, w tym króla Czech. Uroczyste przeniesienie ciała kanonizowanej już księżnej z dotychczasowego miejsca pochówku w kościele do specjalnej, przyległej do świątyni kaplicy, stało się okazją do przyjazdu do opactwa wspomnianego władcy Czech oraz wielu piastowskich książąt. Zarówno sama kanonizacja jak i to zdarzenie nie tylko na długo zapadły w pamięci Ślązaków, ale utrwaliły również w ich świadomości Trzebnicę jako miejsce szczególnie istotne dla prowincji, opromienione zaszczytami doczesnymi - i niebiańskimi.

Dla żyjących w stabilnym i dobrze sobie znanym otoczeniu mnichów i mniszek ciężkim przeżyciem były lata najazdów husyckich. W 1432 r. najeźdźcy z Czech spalili klasztor lubiąski (ocalał jedynie kościół św. Jakuba), zginąć miało wówczas również 14 mnichów. Reszta uciekła do Wrocławia i klasztorów wielkopolskich. Trzykrotnie złupiony został klasztor w Henrykowie (w latach 1428-1430), opuszczony już wcześniej przez mnichów, którzy przenieśli się do Nysy i Wrocławia. Z wzajemnością opaci jako panowie feudalni nie pozostawali obojętni na szerzenie się husytyzmu na Śląsku. Przełożony Krzeszowa miał skazać w 1427 r. na spalenie na stosie trzech zwolenników herezji. Ponieważ husyci z upodobaniem dewastowali posiadłości instytucji kościelnych (w samym tylko 1428 r. spustoszeniu uległy trzy folwarki i trzydzieści wsi należących do cystersów lubiąskich), po powrocie do opactw mnisi i mniszki z trudnością znajdowali środki na zaspokojenie najpilniejszych potrzeb życiowych. A cóż dopiero powiedzieć o koniecznych remontach zdewastowanych budynków i inwestycjach w rozległych, a tak dotkliwie zniszczonych dobrach? Dopiero u schyłku XV w. klasztory podźwignęły się z tej ciężkiej sytuacji, w dużej mierze dzięki nawiązaniu ściślejszej niż dotąd współpracy ze średniozamożnym rycerstwem i mieszczanami. Odtąd to oni w większym stopniu niż dwory książęce mieli zapewniać opactwom opiekę i względne bezpieczeństwo.

Nadzieje cystersów na powrót do dawnej świetności przekreśliło nadejście Reformacji. Choć na Śląsku nie wiązało się ono ze stosowaniem przez wyznawców nowego wyznania przemocy wobec mnichów, to zadecydowało o odsunięciu cystersów na ubocze głównego nurtu życia społecznego Śląska aż do połowy XVII w. W tym czasie bowiem zdecydowana większość Ślązaków przyjęła wyznanie protestanckie. Siłą rzeczy stracili oni powody do interesowania się losem mnichów poza kontaktami natury ekonomicznej. Te ostatnie zresztą początkowo nie tyle słabły, co stawały się przyczyną sporów. Udało się co prawda uniknąć najgroźniejszego - kasaty opactw i przejęcie ich majątku przez władców. Chęć ku temu zdradzali zarówno książę Legnicy Fryderyk II, w którego władztwie leżał Lubiąż, jak i władcy Ziębic. Ci posunęli się nawet do uwięzienia w 1539 r. opata henrykowskiego, Wincentego ze Strzelina, chcąc siłą uzyskać jego zgodę na sekularyzację. Dopiero interwencja cesarza Ferdynanda I w 1540 r. jako patrona klasztoru uratowała konwent przed rozwiązaniem. Nie udało się jednak mnichom uniknąć dotkliwych, choć mniejszego formatu strat. Zarówno chłopi, jak i rycerze i mieszczanie przyjąwszy nowe wyznanie nie widzieli powodów, by uiszczać na rzecz mnichów jakiekolwiek opłaty, także te związane z dzierżeniem ziemi klasztornej czy kapitałów pieniężnych, od których opactwom należały się odsetki. Spory ciągnęły się latami. O ile w przypadku własnych poddanych udawało się klasztorom uzyskać przywrócenie należnych płatności - głównie zresztą z pomocą urzędników cesarskich, o tyle rzadko miało to miejsce w przypadku rycerzy, a zwłaszcza większych miast jak Wrocławia, Świdnicy czy Legnicy.

Ale bardziej jeszcze dotkliwy od strat gospodarczych był brak chętnych do wstępowania w mury klasztorne oraz odstępstwa i ucieczki tych, którzy od dawna zamieszkiwali w opactwach. Skala tego ostatniego zjawiska nie jest jednak dobrze znana. O samym istnieniu tego problemu dowodnie przekonują jednak te nieliczne, lepiej oświetlone przypadki. Ksieni trzebnicka, Maria von Luck, po odejściu z klasztoru wzięła w 1610 r. ślub z Hansem von Seidlitz. Opat krzeszowski Mikołaj VIII nie tylko odszedł z klasztoru i złamał celibat, ale w dodatku w 1576 r. popełnił w Świdnicy samobójstwo. Sympatykiem protestantyzmu był także opat Franciszek Ursinus (1594-1607) z Lubiąża, myślący podobno o sekularyzacji opactwa. W dłuższej perspektywie groźniejszym zjawiskiem był jednak brak nowicjuszy w konwentach. Groziło to bowiem wymarciem wspólnot i likwidacją fundacji, jak stało się to udziałem większości klasztorów położonych w miastach. Dość powiedzieć, że w Lubiążu w 1553 r. było tylko siedmiu mnichów, a do 1636 r. ich liczba wzrosła do osiemnastu. W latach świetności rezydowało ich zaś tutaj ponad pięćdziesięciu. Opactwa męskie starały się temu zapobiegać w dwojaki sposób. Z jednej strony dopuszczano w szerszym niż dotąd zakresie wstępowanie do wspólnot mieszkańców wsi klasztornych, gdzie związek z wyznaniem rzymskim pod wpływem mnichów nigdy nie wygasł. Z drugiej starano się ściągać braci spoza Śląska - co jednak było o tyle trudne, że zarówno w Rzeszy, jak sąsiedniej Rzeczpospolitej klasztory borykały się z podobnymi kłopotami. Niemniej w ten sposób ocalił swe istnienie konwent w Henrykowie, który w 1553 r. liczył zaledwie dwóch lub trzech zakonników. Otóż w Wielkopolsce szlachta wymogła przyjmowanie do tamtejszych klasztorów przede wszystkim polskich nowicjuszy, co spowodowało odejście z nich dotychczasowych, niemieckojęzycznych rezydentów. I to oni przenieśli się do leżącego nieopodal opactwa śląskiego. Był to przecież jednorazowy przypadek i już w XVII w. także tutejsi mnisi zaczęli borykać się z problemem braku powołań. W 1616 r. znów przebywało tu zaledwie kilkunastu mnichów. W podobny sposób jak w Henrykowie problem rekrutacji starano się rozwiązać w Trzebnicy. Tu również odwołano się do rekrutacji nowicjuszek z Rzeczpospolitej. Znaczną liczbę mniszek od XVI w. stanowiły polskie szlachcianki, przede wszystkim z Wielkopolski, ale również z Małopolski i Mazowsza. Ich rola w konwencie była tak znaczna, że biblioteka klasztorna zaczęła gromadzić polskojęzyczne książki, a wreszcie kilka z nich zostało już w drugiej połowie XVI w. i XVII w. przełożonymi domu - mimo oporu urzędników cesarskich świadomie podsycających niesnaski w konwencie.

W początkach XVII w. opactwom udało się osiągnąć kruchą równowagę, w której mniejsze dochody były rekompensowane przez zmniejszenie liczebności konwentów. Jedynie bowiem w przypadku Trzebnicy można mówić o utrzymaniu się liczącej kilkadziesiąt osób wspólnoty. W tej sytuacji opactwa, zwłaszcza po wizycie w 1616 r. opata Citeaux, Mikołaja Boucherat, który zalecał gruntowną reformę życia w klasztorach, zaczęły żmudny proces odbudowy utraconego w XVI w. prestiżu i powrotu do zgodnych z powołaniem form funkcjonowania. Oznaczało to przede wszystkim ich zaangażowanie w odnowę życia religijnego katolickich Ślązaków. Z jednej strony przywróciło to znaczenie zakonu dla śląskich współwyznawców, ale z drugiej aktywność przełożonych w dziele nakłaniania tutejszych protestantów do przyjęcia katolicyzmu położyła się cieniem na sposobie postrzegania opactw w lokalnych społecznościach. Korzystano bowiem z każdego dostępnego środka prawnego by zmusić czy to poddanych, czy to wiernych zamieszkujących parafię, której kapłana wyznaczał opat lub ksieni, do przestrzegania zasad wyznania rzymskiego. Czasami nie szanowano w tym zapale nawet cesarskich gwarancji swobód religijnych przyznanych Ślązakom, na co ci głośno - choć nieskutecznie - skarżyli się przed królewskimi sądami we Wrocławiu i Pradze. Szczególnie ostre zarzuty padały pod adresem ksieni trzebnickiej, co jednak można wytłumaczyć prostym faktem - ona posiadała pod swoją władzą największą liczbę poddanych i kościołów, o których obsadzie decydowała. Wyrazem poczucia nowej siły cystersów były podejmowane już w pierwszej połowie XVII w. próby przebudowy założeń klasztornych w nowym, barokowym duchu (Henryków, Lubiąż). Ostatecznie jednak te działania przed 1648 r. nie przyniosły w szerszym zakresie ani powrotu wyznania rzymskiego na Śląsk, ani zmiany sytuacji konwentów.

Tymczasem w dziejach całej prowincji, a wraz z nią i dla wspólnot cysterskich, rozpoczynał się szczególnie ponury okres - czasy wojny trzydziestoletniej. Począwszy od 1618 r. Śląsk stał się areną walk, ale przede wszystkim miejscem pobytu i spichlerzem dla żołnierzy armii cesarskiej, saskiej, szwedzkiej. Dla dowódców każdej z nich zasada "wojna żywi wojnę" była oczywistością i oznaczała bezwzględne ściąganie świadczeń - poza gotówką - w żywności, ubraniach, drewnie na opał, oraz szczególnie uciążliwy przymusowy kwaterunek żołnierzy w domach prawowitych mieszkańców. Po pierwszych, w miarę spokojnych latach wojny cystersi i cysterki musieli ostatecznie uciekać ze swoich klasztorów. Część szukała schronienia w domach rodzinnych, część wytrwała w najbliższym otoczeniu swoich przełożonych. Czasami w siedzibach poza granicami Śląska (cysterki trzebnickie w Rzeczpospolitej, mnisi z Henrykowa w Austrii, Czechach, na Morawach). Tymczasem dobra klasztorne, budynki, biblioteki, wyposażenie kościołów były poddane bezwzględnej grabieży przez wojska brandenburskie, saskie i szwedzkie. Niepowetowaną stratą było wywiezienie przez Szwedów z Lubiąża w 1642 r. biblioteki i archiwum, które spłonęły w 1679 r. w Szczecinie.

Powracający po zakończeniu w 1648 r. działań wojennych zastawali swe klasztory w zupełnej ruinie, będąc niemal bez środków do życia. Skutkiem wojny były bowiem nie tylko zniszczone zabudowania gospodarcze w majątkach klasztornych, ale również brak rąk do pracy. Większość chłopów bądź zmarła, bądź uciekła do miast. Nieliczni wracali, a i to powoli w obawie przed brakiem środków na odbudowę gospodarstw. Tymczasem na opactwach ciążyły dodatkowo ogromne długi zaciągane w latach wojny na opłacenie kontrybucji na rzecz różnych armii okupujących klasztory, ale też i na zakup żywności dla pozbawionych dochodów mnichów i mniszek. W tych trudnych chwilach wielką pomocą dla wspólnot cysterskich okazała się polityka władz cesarskich. Po przejściu większości ziem prowincji śląskiej pod bezpośrednią władzę cesarza dążono do odsunięcia protestantów od wpływu na życie polityczne, ale również kulturalne. Władze, biorąc pod uwagę doświadczenia wojny, wychodziły bowiem z założenia, że jedynie katolicy będą wierni cesarzowi. Wspierały więc na Śląsku wszelkie działania umożliwiające szerzenie wyznania rzymskiego, obsadzały urzędy jedynie katolikami, zachęcały do imigracji ich współwyznawców z innych ziem Cesarstwa. W konsekwencji z jednej strony rosła liczba osób zainteresowanych wspieraniem instytucji Kościoła, rosła też baza rekrutacji do konwentów. Z drugiej zaś same władze - i te kościelne, i świeckie - były zainteresowane wykorzystaniem klasztorów w przywracaniu śląskich protestantów na łono Rzymu.

W krótkim czasie wszystkie śląskie opactwa cysterskie żywo włączyły się w ten nurt przemian. Opactwa męskie przekształciły się z siedzib wspólnot kontemplacyjnych w swoiste centrum kształcenia i wypoczynku dla braci trudniących się przeważnie pracą duszpasterską w rozsianych po całym Śląsku parafiach. Nowego blasku nabrała Trzebnica jako ośrodek kultu św. Jadwigi, patronki Śląska, do którego doroczne pielgrzymki udawały się nawet z arcyprotestanckiego Wrocławia. Również Krzeszów stał się miejscem, do którego przybywali liczni pielgrzymi zachęceni sławą cudownego obrazu Marii Panny. W pielgrzymce z 1696 r. miało wziąć udział ponad 6.000 wiernych. Ponadregionalne znaczenie odzyskał ośrodek pielgrzymkowy w Bardzie, którym opiekowali się cystersi kamienieccy. Szerokim wsparciem cystersów cieszyły się bractwa skupiające świeckich a wspierające swych członków modlitwą, a klasztory - datkami i opieką. W niewielkim klasztorze w Jemielnicy od 1675 r. funkcjonowało bractwo świętego Józefa, które skupiało ponad 40.000 członków współmodlących się nawzajem o spokojną śmierć. Podobne bractwo działało również w Krzeszowie. Mnisi żywo angażowali się w publicystykę wyznaniową, prowadzili katechezę, wzmogli nacisk na pełną rekatolizację poddanych w swoich włościach. Czasami przybierało to drastyczne formy, jak w 1667 r., gdy opat z Krzeszowa wypędził poza granice swoich dóbr 1240 innowierców. Częściej sięgano jednak po inne formy perswazji. Przykładowo mnisi nie zanie-dbywali kształcenia dzieci, dającego wszak możliwość odpowiedniej formacji wyznaniowej. Od schyłku XVII w. działała ciesząca się dobrą sławą szkoła w Jemielnicy, w połowie XVIII w. przekształcona w gimnazjum. Starszą genezę miała szkoła w Krzeszowie, która jednak dopiero w 1800 r. została awansowana do rangi gimnazjum.

Rosnące szybko przychody pozwoliły mnichom i mniszkom na przeprowadzenie gruntownej przebudowy budynków klasztornych i remont, bądź nawet wymianę wyposażenia świątyń. Od fundamentów wzniesiono kompleksy budynków klasztornych w Lubiążu, Trzebnicy i Krzeszowie. Wspaniały, stylizowany na znany z sanktuarium w Częstochowie, wystrój zyskała kaplica św. Jadwigi w Trzebnicy. Rozwój gospodarczy szedł w parze ze zwiększającą się liczbą chętnych wstępujących do nowicjatów klasztornych, przy czym stale malała wśród nich liczba osób spoza Śląska.

Ten okres względnej prosperity zakonu przerwały wojny śląskie. Gdy w ich rezultacie od 1742 r. prowincja na trwałe weszła w obręb monarchii pruskiej, skończył się okres wspierania konwentów przez władzę świecką. Co prawda tolerancyjny król Fryderyk II nie zamierzał prześladować katolików i uprzywilejowywać protestantów, ale do instytucji Kościoła rzymskiego podchodził we właściwy Oświeceniu pragmatyczny sposób. Uważał, że posiadane przez nie majątki i kapitały nie wzbogacały rozwoju gospodarki krajowej, ponieważ wykorzystywano je w celach kultu religijnego. Z tego zaś państwo nie miało żadnych korzyści. Obłożył więc klasztory najpierw ogromnymi kontrybucjami, niejednokrotnie przekraczającymi ich roczne przychody, a później podatkami sięgającymi 50% dochodów. Pozostałe środki miały być przymusowo przeznaczane na inwestycje w dobrach klasztornych, na przykład budowę przędzalni jedwabiu i związane z tym zakładanie plantacji morwy oraz hodowli jedwabników, czy zakładanie winnic lub różnego rodzaju fabryk. Pośpiesznie wprowadzane zmiany, bez należytego uwzględnienia sytuacji gospodarczej w prowincji i warunków klimatyczno-glebowych powodowały, że wszystkie niemal przedsięwzięcia okazywały się kosztownymi, a jednocześnie zupełnie nieopłacalnymi. Jednym z bardziej absurdalnych żądań państwa pruskiego było nałożenie na opactwo w Lubiążu obowiązku wyekwipowania 29... statków. Oczywiście, bez jakichkolwiek szans na zyski z tego tytułu. Równocześnie władza dążyła do wprowadzenia jak najszerszej kontroli nad życiem w konwentach. Zabroniono przyjmowania do nowicjatu kandydatów spoza królestwa pruskiego, urzędnicy królewscy odbierali przysięgi mnichów i mniszek na wierność władcy, wpływali na wybór kandydatów na godność przełożonego, spośród których ostatecznie jednego zatwierdzał król. Wszystkiemu temu towarzyszyło zaś pobieranie słonych opłat, rujnujących skarb klasztorny. W szybkim tempie opactwa popadły w długi, nie mogąc sprostać wymaganiom państwa.

Z punktu widzenia władz wszystkie klasztory śląskie wciąż jednak posiadały znaczny majątek, przede wszystkim w nieruchomościach. Gdy więc po przegranej przez Prusy wojnie z Napoleonem w 1809 r. przyszło zbierać pieniądze na zapłacenie kontrybucji, postanowiono wykorzystać te zasoby. W listopadzie 1810 r. ogłoszono likwidację klasztorów na terenie Śląska, w tym wszystkich opactw cysterskich. Ich majątki ruchome i nieruchome przeszły na własność państwa, mnisi i mniszki mogli bądź to zrzucić habit i udać się do ojczystych domostw, bądź - w przypadku zakonników - osiedlić się na parafiach i sprawować tam posługę duszpasterską. W zamian władze pruskie przydzieliły zakonnikom minimalne środki jako miesięczne pensje. Oznaczało to na ponad wiek koniec kilkuwiekowej obecności zakonu na Śląsku. Dziś jego klasztory bądź to zajęły inne zakony (Trzebnica, Krzeszów), bądź uznane za zabytki sztuki stoją opuszczone z trudem remontowane ze względu na koszty takiego przedsięwzięcia (Lubiąż). Jedynie w Henrykowie biali mnisi po 1945 r. utrzymali swą siedzibę, lokując tu od 1991 r. siedzibę nowicjatu dla całej zakonnej prowincji polskiej.

Miejsce cystersów w kulturze Śląska
Niewiele dziś pozostało po ponad 650 latach pobytu zakonu cysterskiego na Śląsku. Nieco paradoksalnie to, co określało sens istnienia wspólnot - życie oddane Chrystusowi, liturgia, duszpasterstwo, odeszło w niepamięć. W świadomości współczesnych mieszkańców prowincji przetrwała tylko zewnętrzna otoczka tego świata, skorupka często pozbawiona właściwej treści. Dostojne budynki klasztorne, wspaniale księgi służące do odprawiania liturgii, starannie spisywane dokumenty w latach rozkwitu życia zakonnego nie pełniły tylko funkcji dekoracyjnej, nie świadczyły jedynie o bogactwie klasztorów. Choć z biegiem czasu obie te funkcje pojawiały się w dziełach tworzonych lub zamawianych przez cystersów - co z trudem przyszłoby zaakceptować św. Bernardowi - to jednak ich istnienie nadal było podporządkowane zasadniczemu celowi: kontemplacji Boga, dawaniu świadectwa jego wielkości, wreszcie - nauczaniu Jego słów tak, jak je ówcześnie rozumiano. Spróbujmy więc przez chwilę, jedynie w niewielkim wycinku spojrzeć oczami samych zakonników na materialne świadectwa dziejów białych mnichów i mniszek na ziemi śląskiej.

Zwiedzający opactwa w Lubiążu mogą być przytłoczeni ogromem barokowych zabudowań klasztornych. Z kolei przybywającym do Krzeszowa rzuca się w oczy wspaniała, dynamiczna sylwetka późnobarokowego kościoła. Zarówno ozdobne elementy fasady, jak i wspaniały wystrój dziś odnowionych reprezentacyjnych sal w Lubiążu (refektarza, tzw. sali książęcej, biblioteki), czy mauzoleum Piastów w Krzeszowie mogą budzić podziw dla wizji i smaku artystycznego nie tylko wykonawców, ale i zamawiających - mnichów. Ale odczucia estetyczne nie były celem samym w sobie dla mecenasów tych prac. Kształt i wystrój budynków był podporządkowany dwóm podstawowym celom: zapewnieniu mnichom możliwie najdogodniejszego środowiska dla wypełniania ich powołania, służby Bożej, oraz - rzecz w epoce baroku niezwykle istotna - przekazywania z pomocą kształtów i kolorów ważkich treści religijnych oraz ideowych zarówno dla stałych rezydentów, jak i przybyszów. Stały, zawsze obecny motyw wielkości i wspaniałości Boga kryjący się za realizacjami wielkich założeń klasztornych, był na ówczesnym Śląsku, w dobie rekatolizacji prowincji niezwykle aktualny i uzupełniany o specyficzne, właściwe dla tego konkretnego czasu i miejsca treści.

Bodaj najistotniejszym przesłaniem kryjącym się za niezwykle bogatymi, także według oceny współczesnych powstającym budowlom, fundacjami było podkreślenie wspaniałości i wiekowego trwania wyznania rzymskiego. Przeciwstawiano je deklaracjom ideowym zawartym w wystroju świątyń protestanckich. Dotyczyło to zwłaszcza Lubiąża, leżącego na terytorium księstwa legnicko-brzesko-wołowskiego, najdłużej władanego przez protestanckich Piastów. Nie mniej istotną rolę miał odgrywać Krzeszów, położony na południu księstwa świdnicko-jaworskiego, terenie w większość zasiedlonym przez luteran. Z kolei Trzebnica była ośrodkiem koncentrującym na sobie uwagę katolickich wrocławian, nielicznych w morzu protestanckiego mieszczaństwa śląskiej metropolii. By należycie ocenić rolę, jaką odgrywały opactwa cysterskie dla ówczesnego Kościoła śląskiego trzeba wziąć pod uwagę, że mimo wsparcia ze strony urzędników cesarskich przekonanie Ślązaków do świetności i prawowierności wyznania rzymskiego nie było zadaniem łatwym. W tym celu trzeba było szukać innych środków perswazji niż długo preferowana przez zwolenników cesarza przemoc. Tak, jak obecność cystersów w parafiach pozostających pod ich opieką gwarantowała ubogiej w kapłanów diecezji wsparcie wykształconych duchownych w nauczaniu katolickiego ludu, tak wspaniałość ich budowli była świadectwem zwróconym do wszystkich Ślązaków - katolików i protestantów.

Stąd widoczna fascynacja tymi elementami kultury barokowej, które odwoływały się z jednej strony do manifestowania zamożności i świetności fundatora - opactwa, z drugiej zaś do uczuć odbiorcy programu dydaktycznego zaklętego w rzeźbach, freskach, obrazach. Dobrym tego przykładem mogą być liczne płótna pędzla Michaela Willmanna, najwybitniejszego śląskiego malarza epoki baroku, który 40 lat swego życia związał z opactwem cysterskim w Lubiążu. Rezydując tu wykonywał szereg płócien na zlecenie zarówno innych opactw cysterskich, na przykład Krzeszowa czy Trzebnicy, jak i domów innych zakonów (benedyktynek z Legnicy). Odwzorowując często bardzo tradycyjne tematy (na przykład cykl 20 obrazów ze scenami z życia św. Jadwigi z nawy kościoła trzebnickiego) starał się doborem kolorów i kształtów nadawanych istotnym elementom kompozycji odwoływać do lirycznych odczuć odbiorców, których wielkość budynków klasztornych mogłaby onieśmielać. Przykładem zwrócenia się do emocji dla przekazania skomplikowanych treści wyznaniowych, ale i politycznych może być dekoracja mauzoleum Piastów świdnicko-jaworskich przy opactwie w Krzeszowie. Podkreślono w niej opór tutejszych cystersów wobec wszelkiej herezji, ongiś husyckiej, później protestanckiej. Wskazano na współdziałanie z władzą cesarską, która wspierała - mocno akcentowaną - niezależność opactwa w zamian uzyskując jego pomoc w przywracaniu prawdziwego, to jest rzymskiego wyznania w księstwie. Istotnym punktem całego wywodu było ukazanie dziejów opatów krzeszowskich jako spadkobierców świetności piastowskich fundatorów, dbałych o rozwój klasztoru pasterzy, którzy mieli doprowadzić wiernych do Zbawienia.

Z kolei wkraczając do dawnego kościoła opackiego w Trzebnicy możemy podziwiać jego wspaniały, również w większości barokowy wystrój, który konsekwentnie prowadzi wiernych do kaplicy świętej Jadwigi. Obca dzisiejszemu smakowi estetyka tamtych czasów może przytłaczać, ale nie powinna nas zmylić - każdy szczegół obrazów, każda rzeźba miały skłaniać zarówno cysterki, jak i przybywających do klasztoru pielgrzymów, do refleksji nad miejscem świętości w życiu całej społeczności i każdego jej członka. Silne zaakcentowanie książęcej godności świętej, nie tylko w inskrypcjach, ale i poprzez mitrę wieńczącą grobowiec, przypominało o randze społecznej, jaką wraz z nią zyskiwało całe opactwo - i wyznanie rzymskie. W okresie rekatolizacji Śląska unaocznienie protestantom potęgi Kościoła rzymskiego poprzez wskazanie jego uprzywilejowanego miejsca w społeczeństwie było jednym z częściej stosowanych środków perswazji wobec innowierców. Nie było też przypadkiem, że ówczesne pałace opatów - lubiąskiego w Legnicy i krzeszowskiego w Świdnicy, przybrały szczególnie okazałe formy. Reprezentowały one przecież nie tylko przełożonych, ale całe wspólnoty wobec wciąż w większości protestanckich obywateli obu stolic księstwa. W przypadku świdnickiego pałacu szczególnego znaczenia nabrała jego lokalizacja. Opat Dominik Geier (1696-1727) dokonał bowiem gruntownej przebudowy tutejszej siedziby znajdującej się naprzeciw miejsca, w którym obradował sejmik księstwa świdnicko-jaworskiego. Organ władzy, w którym opatowi przypadało uprzywilejowane stanowisko. Symbolicznego charakteru nabierało również odnowienie w tym czasie budynków krzeszowskiej prepozytury w Cieplicach. Wszak w nieodległej Jeleniej Górze powstał po traktacie z Altranstädt nowy kościół protestancki (zwany Kościołem Łaski), symbol siły tutejszych protestantów, których starania u cesarza o stworzenie nowego miejsca kultu wsparł król szwedzki. Wysokie wieże kościoła prepozytury miały cały czas świadczyć o woli walki tutejszych cystersów z herezją. W tym kontekście specjalnego znaczenia nabierają starania opata Bernarda Rosy (1660-1696) o wystawienie kaplic na Górze św. Anny i Śnieżce, dzięki czemu jak znaki siły wyznania rzymskiego - i zakonu cystersów - dominowały nad całym Śląskiem.

Choć skupiliśmy się tu na najbardziej spektakularnych spośród do dziś zachowanych zabytków kultury związanych z cystersami, błędem byłoby zapomnieć o pozostałych. W średniowieczu, u zarania autonomii politycznej śląskiej prowincji to cystersom zawdzięczano w dużej mierze wprowadzenie na szeroką skalę dokumentu jako środka gwarantującego stan prawny w zakresie własności. To w skryptoriach w Lubiążu i Henrykowie powstawały pierwsze dokumenty książęce i biskupie. Z kolei pięknie iluminowane kodeksy, pochodzące głównie ze skryptorium lubiąskiego, później także henrykowskiego, które trafiały również do siostrzanego opactwa w Trzebnicy, świadczą dziś nie tylko o zamiłowaniu mnichów do pięknych książek, ale i o umiejętności łączenia skomplikowanych wywodów teologicznych zaklętych w pięknych miniaturach z pobożnością opartą o Słowo Boże żywe w codziennej liturgii. Ta kontemplacyjna, odwołująca się także do osobistych odczuć czytelnika duchowość nie ograniczała się tylko do klasztorów. Dzięki mnichom i mniszkom, ich kontaktom z rodzinami wywodzącymi się spośród elit społecznych, rozprzestrzeniała się na całym Śląsku. Dodajmy do tego i ten fakt, że to w klasztorach cysterskich, nie zaś na dworach książęcych lub w miastach, powstały pierwsze zabytki odnotowujące fakty z dziejów Śląska - roczniki. W Lubiążu, u schyłku XIII w. miała również powstać pierwsza kronika opisująca na bazie "Kroniki" mistrza Kadłubka śląską historię - "Kronika polska". A i pierwsze polskie - czy może czeskie, jak chce część badaczy - zdanie zostało zapisane nie gdzie indziej, jak w klasztorze cystersów w Henrykowie, w sławnej "Księdze henrykowskiej".

Wątek ów możnaby jeszcze długo kontynuować. Nie ulega bowiem wątpliwości, że śląscy cystersi uczestniczyli żywo i skutecznie w przemianach kulturowych, ideowych, wyznaniowych dotykających całą prowincję. Oglądając pozostałe po nich zabytki warto pamiętać, że dla ówczesnych nie były one tylko pięknymi rzeczami, ale przede wszystkim niosły ze sobą informacje i uczucia ważne dla nich i im współczesnych Ślązaków.

Cystersi w Świdnicy i okolicach
Cystersi pojawili się w Świdnicy stosunkowo późno. Pierwsza wzmianka o posiadaniu przez opactwo krzeszowskie domu w mieście pochodzi z około 1344 r. (nie zaś, jak się czasami przyjmuje, z 1311 r.). Mieszczanin świdnicki Piotr Polonus miał wówczas swoim testamentem przekazać cystersom "swój dwór na ulicy Zcicher gasse" (obecnie ul. Przechodnia). Owa uliczka miała biec do bramy miejskiej zwanej Zuchnerthor (Brama Poszewnicza). Interesującą postacią był sam dobroczyńca cystersów. Miał on być początkowo obywatelem Żagania, później Świdnicy, by wreszcie zostać franciszkaninem we Wrocławiu. W każdym z miast był blisko związany z zakonami rezydującymi w tych ośrodkach (w przypadku Żagania z tamtejszymi kanonikami regularnymi). Wskazywać by to mogło na jego nieprzeciętną religijność, poniekąd sugerując również specyficzny klimat pobożności przynajmniej niektórych mieszczan świdnickich.

Czy jednak ów dom pełnił funkcję siedziby przebywających od czasu do czasu w mieście mnichów - nie wiemy. Do klasztoru należał również co najmniej od początku XVI w. dom Hannsa Schlychera przy Herrengasse (Pańskiej). Cystersi regularnie płacili z tytułu jego posiadania podatki miejskie, co może sugerować, że nie był on przez nich puszczony w dzierżawę, a raczej użytkowany do własnych celów gospodarczych. Warto bowiem pamiętać, że mnisi czerpali pewne zyski z tytułu posiadania urządzeń handlowych - w 1486 r. bracia z Krzeszowa posiadali w Świdnicy jatki. Natomiast już od 1325 r. mnisi krzeszowscy dysponowali licznymi dochodami z czynszów przekazywanych przede wszystkim przez mieszczan świdnickich. Z miastem związani byli również mnisi z innego opactwa, z Kamieńca. Także oni czerpali dochody z części tutejszych urządzeń handlowych.

Niemniej na trwałe w krajobraz miejski cystersi wpisali się dopiero w okresie rekatolizacji księstwa i miasta po zakończeniu wojny trzydziestoletniej. Wówczas to z funduszy opactwa ufundowano między innymi ogromny obraz "Wskrzeszenie Piotrowina przez św. Stanisława", który został umieszczony około 1710 r. w farze miejskiej. Wybór tematu z pewnością nie był przypadkowy - wszak wskrzeszony przez Stanisława mąż miał poświadczyć prawdziwość dzierżenia wsi Piotrowin przez Kościół. Zaś dla ówczesnych śląskich cystersów palącym był problem odzyskania z rąk protestantów ziem i dochodów przejętych przez innowierców w czasie triumfów reformacji. Dodajmy także, że na potrzeby kościoła świdnickiego obraz "Śmierć św. Wacława" przygotował związany z opactwem w Lubiążu słynny malarz śląskiego baroku - Michael Willmann. Jednak najdobitniejszym znakiem obecności cystersów w mieście stała się oczywiście ich siedziba. Z polecenia opata krzeszowskiego Dominika Geiera została w 1722 r. dokupiona specjalna parcela na rogu Herrengasse i Kopengasse (Franciszkańskiej), na której miał zostać wzniesiony okazały pałac przełożonego klasztoru. Ostatecznie budynek stanął w 1726 r., w październiku zaś został poświęcony. Rezydencja, dzieło mistrza murarskiego F. A. Hammerschmidta, otrzymała swój wystrój rzeźbiarski w latach 1723-1725 jako dzieło miejscowego, świdnickiego mistrza Jerzego Leonarda Webera. Piękny, barokowy kształt pałacu, kusił swym przestronnym i wygodnym wnętrzem także świeckich dostojników. W trakcie wojen śląskich mieszkali w nim pruski marszałek von Schwerin, oraz komendant miasta H. de la Hote Fouque.

Pisząc o obecności cystersów w okolicach Świdnicy nie sposób oczywiście pominąć Wierzbnej. Znajduje się w niej dostojny, romański kościół parafialny, fundacja możnej rodziny śląskich panów, którzy tę wieś traktowali jako swe gniazdo rodowe i dlatego też pisali się "z Wierzbnej" (von Würben, de Wirbna). Jeden z najdostojniejszych ich przedstawicieli, biskup wrocławski Henryk z Wierzbnej 2 maja 1315 r. przekazał opiekę nad nim, tak zwane prawo patronatu, cysterskiemu już wówczas klasztorowi w Kamieńcu. Zapoczątkowało to zresztą długotrwały konflikt z norbertanami wrocławskimi, którzy również mieli otrzymać od jednego z Wierzbnów obietnicę przekazania parafii. Ostatecznie dopiero wyrok sądu w 1347 r. przyznawał ją mnichom z Kamieńca. Cystersi systematycznie zwiększali tutaj swe posiadłości, co doprowadziło zresztą do konfliktu z mieszkańcami Świdnicy. Zakonnicy ważyli bowiem w swoich dobrach piwo, co zdaniem świdniczan było sprzeczne z posiadanym przez ich miasto przywilejem mili (wyłączności na ważenie trunku w obrębie mili od miasta). Tutejszy kościół parafialny został w 1326 r. inkorporowany do opactwa, to znaczy wszystkie jego dochody, ziemie i prawa przeszły na klasztor. Jednocześnie już od około 1318 r. swój dwór we wsi posiadali cystersi z Krzeszowa. Do 1403 r. przejęli wszystkie majątki ziemskie we wsi należące najpierw do panów z Wierzbnej, a potem rodziny von Rohnau. Co ciekawe, w tymże roku wspomniano, iż wśród majątków należących do Hansa von Rohnau cystersi zakupili również "fortalicium".

Z powodu niejasnego podziału uprawnień i granic między gruntami poddanych obu opactw szybko doszło między nimi do sporów, zakończonych dopiero w 1447 r. za pośrednictwem opatów Lubiąża i Henrykowa. Ostatecznie zresztą z powodu oddalenia od głównych grup swych majątków kamienieckich, mnisi z tego opactwa postanowili się pozbyć parafii w Wierzbnej i w 1585 r., po siedmiu latach targów, sprzedali ją opactwu w Krzeszowie. Zanim jednak do tego doszło, znajdujący się pod opieką mnichów z Kamieńca kościół przeszedł dwukrotnie przebudowę. W XV w. nawie kościoła przydano cech gotyckich, zaś w XVI w. zachodnią część nawy przekształcono w stylu renesansowym. W XVI w. tutejszy kościół został zajęty przez luteran, jednak już w 1629 r. powrócił w ręce katolików, a pieczę nad nim sprawowali mnisi krzeszowscy. Pod rządami opatów z Krzeszowa w 1680-1683 r. placówka w Wierzbnej została uroczyście przekształcona w prepozyturę opactwa. Jej przełożony, przeor, zarządzał poza Wierzbną również innymi dobrami klasztoru w okolicznych wsiach, Bożanowie i Kalnie. W nich też staraniem opata Dominika Geiera powstały barokowe kaplice dla tutejszych katolików. W latach 1729-1730 nastąpiła barokowa rozbudowa kościoła w Wierzbnej, wówczas też uzyskał on od opata krzeszowskiego koło 1730 r. obraz Michaela Willmanna "Wniebowzięcie Marii".

Rok 1810 przyniósł sekularyzację cystersów na Śląsku. Ich dobra w Świdnicy i okolicach przeszły w ręce państwa, w części zostały następnie sprzedane. Świdnickim pałacem opatów krzeszowskich znów zaopiekowała się armia pruska. Umieszczono w nim arsenał i skład artylerii. Dziś pełni dumną funkcję siedziby Miejskiej Biblioteki Publicznej. Z kolei dobra w Wierzbnej za niewielką opłatą zakupił pruski minister D. von der Goltz, po nim zaś jego dalsi krewni. Dziś kościół w Wierzbnej nadal służy wiernym jako świątynia parafialna. Ale po cystersach pozostały wzniesione przez nich budynki prepozytury, ślady licznych przebudów kościoła oraz wieża wodna ze znajdującym się przy niej dawnym młynem, w ścianie którego umieszczono herb cystersów.

Katalog opactw i dependencji
Opactwa męskieLubiąż
Fundacja: 1163-1175
Fundator: książę śląski Bolesław I Wysoki
Dom macierzysty: Pforta (Saksonia)
Ważniejsze ośrodki zależne:
Dwory miejskie: Legnica, Wrocław
Grangie: w sumie 19 w ciągu całego średniowiecza, m.in. w Kazimierzu,
Moczydlnicy, Osiecznicy, Prawikowie, Rogowie, Smogorzowie
Domy założone przez klasztor: Mogiła, Henryków, Kamieniec Ząbkowicki
Kasata: 21 listopad 1810 r.
Stan obecny: zabytek architektury, zarządzany przez Fundację Lubiąż

Jarosław/Kazimierz
Fundacja: prawdopodobnie lata 90. XII w.
Fundator: książę opolski Jarosław, syn Bolesława I Wysokiego,
późniejszy biskup wrocławski
Dom macierzysty: Pforta (Saksonia)
Kasata: zaniknął po śmierci Jarosława w 1201 r., dobra włączone do majątku opactwa w Lubiążu.

Henryków
Fundacja: 1222-1228
Fundatorzy: inicjator fundacji - notariusz księcia Henryka I Brodatego,
kanonik wrocławski Mikołaj; formalny główny fundator:
książę śląski Henryk II Pobożny
Dom macierzysty: Pforta
Ważniejsze ośrodki zależne:
Węgierskie opactwo Zirc od 1699 r. połączone unią z H., którego opat zarządzał tym domem;
Dwory miejskie: Ząbkowice Śląskie, Ziębice, Wrocław
Grangie: Brukalice, Cienkowice, Daleborowice, Damnice, Głębowice, Jaworowice, Muszkowice, Nowy Dwór, Raczyce, Skalice, Stary Henryków, Wadochowice, Woźnice oraz tzw. Kamerhof
Domy założone przez klasztor: Krzeszów
Kasata: 22 listopada 1810 r.
Stan obecny: w 1953 r. opactwo zasiedlone przez cystersów ze Szczyrzyca, którzy później utworzyli tu zatwierdzony w 1991 r. przeorat, od 1993 r. siedziba wspólnego dla wszystkich domów nowicjatu Polskiej Kongregacji Cystersów.

Kamieniec Ząbkowicki
Fundacja: pocz. XIII w. - klasztor kanoników regularnych, od 1246 r. zakonnicy zastąpieni przez cystersów
Fundatorzy: ród Pogorzelów i biskupi wrocławscy, inicjatorem sprowadzenia cystersów był biskup Tomasz I
Dom macierzysty: Lubiąż
Ważniejsze ośrodki zależne:
Prepozytura: Bardo
Siedziby miejskie: Nysa
Grangie: Kamieniec, Dzbanów, Goleniów, Topola, Lubanice, Pawłowice, Janowiec, Istebka, Rogów, Chwalisław
Domy założone przez klasztor: brak
Stan obecny: ocalałe budynki klasztorne - zabytek architektury;
świątynia opacka - kościół parafialny

Krzeszów
Fundacja: 1242 - benedyktyni, 1292 - cystersi
Fundatorzy: księżna Anna, wdowa po Henryku Pobożnym (fundacja benedyktyńska); książę świdnicki Bolko I (fundacja cysterska)
Dom macierzysty: Henryków
Ważniejsze ośrodki zależne:
Prepozytury: Cieplice, Wierzbna
Siedziba miejska: Świdnica
Domy założone przez klasztor: brak
Kasata: listopad 1810 r.
Stan obecny: od 1919 r. siedziba benedyktynów z klasztoru Emaus pod Pragą, od 1924 r. opactwo. Klasztor przejęty w 1940 r. przez hitlerowców, ponownie zasiedlony przez benedyktynów w latach 1945-1946. Po wysiedleniu benedyktynów wraz z resztą niemieckich Ślązaków, klasztor stał się siedzibą benedyktynek wysiedlonych ze Lwowa. Opiekę duszpasterską nad parafią do końca 2006 r. sprawowali cystersi.

Rudy
Fundacja: 1252-1258
Fundator: książę opolski Władysław
Dom macierzysty: Jędrzejów
Ważniejsze ośrodki zależne: brak
Domy założone przez klasztor: brak
Kasata: listopad 1810 r.
Stan obecny: zabytek architektury sakralnej

Jemielnica
Fundacja: przed 1289 r.
Fundatorzy: pierwsza fundacja: możni Adam (z Kokorza?), Poltko z Szybowic, Aleksy z Leckenstein; odnowa: książę opolski Bolko I, jego syn książę strzelecki Albert.
Dom macierzysty: Rudy k. Raciborza
Ważniejsze ośrodki zależne: brak
Domy założone przez klasztor: brak
Kasata listopad 1810
Stan obecny: zabytek architektury

Woszczyce
(prawdpodobnie miejscowość koło Orzesza, na pograniczu śląsko-małopolskim)
Dom wspomniany w 1238 r. jako ufundowany przez Bogusława, kanonika krakowskiego, dalsze losy nieznane, prawdopodobnie mnisi przenieśli się do nowopowstałego opactwa w Rudach, do którego przypuszczalnie przyłączono również majątek tejże fundacji.

Opactwa żeńskie
Trzebnica
Fundacja: około 1202 r.
Fundatorzy: książę Śląska Henryk I Brodaty i jego żona Jadwiga hrabianka Andechs.
Dom macierzysty: klasztor benedyktynek w Bambergu
Ośrodki zależne: brak
Dwory miejskie: w Oleśnicy, Środzie Śląskiej, Trzebnicy, Wrocławiu, Ziębicach.
Domy założone przez klasztor: Ołobok, Owińska
Kasata listopad 1810
Stan obecny: od 1870 szpital założony przez joannitów, w którym posługę sprawowały siostry z kongregacji Miłosierdzia św. Karola Boromeusza, sprowadzone do Trzebnicy w 1861 r. Obecnie w klasztorze znajduje się dom generalny sióstr boromeuszek.

Przemysław Wiszewski

14 grudnia 2017 - Alfreda, Izydora, Zoriny