                
  
|
Marian Dziwniel ma 61 lat, jest emerytem, ma dwóch synów inżynierów – starszy z doktoratem i córkę prawnika, ma 8 wnucząt (oczywiście, że tak jak dla każdego dziadka jego wnuki, tak dla niego są najlepsze w świecie). Był współzałożycielem a potem wice – i przewodniczącym NSZZ „Solidarność” w ŚFUP – ie. Był internowany w Kamiennej Górze. Od 1982 roku mieszka we Francji. W czasie stanu wojennego współorganizował wyjazdy transportów z darami dla Polski. W pierwszych wolnych wyborach prezydenckich był wiceprzewodniczącym Komisji Wyborczej w Ambasadzie Polski w Paryżu (we Francji zdecydowanie wygrał Lech Wałęsa). Jego hobby to redagowanie krzyżówek - Głos Katolicki – tygodnik polonijny wydawany od dziesięcioleci w Paryżu a docierający do wielu krajów europejskich i pozaeuropejskich - zamieszcza je od kilkunastu lat a Dziennik Świdnica od niedawna.
Nej, tack
Przeglądając niedawno wraz z małżonką stare albumy ze zdjęciami, odnaleźliśmy serię zdjęć ilustrujących zaręczyny naszego syna, zaczęliśmy snuć nić wspomnień....
Syn przed ostatnim rokiem studiów w Ecole Centrale Paris we Francji w ramach programu TIME (Top Industrial Manager for Europe) wyjechał na dwuletnie studia do Kungl Tekniska Högskolan w Sztokholmie. Ukończenie studiów w ramach programu TIME było „nagradzane” podwójnym, francusko – szwedzkim dyplomem inżyniera.
Tam, w Sztokholmie, syn poznał studentkę z Francji, która podobnie jak i on w ramach tego samego programu studiowała na tejże szwedzkiej uczelni. Spotykali się na zajęciach, spotykali się po zajęciach, byli w obcym kraju - na codzień posługiwali się językiem angielskim lub szwedzkim. Byli pomiędzy studentami nie mającymi za sobą takich jak oni tradycji, takich
samych przyzwyczajeń, takich samych zamiłowań. Ich koleżeńskie spotkania wkrótce przerodziły się we wzajemne sympatię i w miłość. Przed końcem studiów w Sztokholmie postanowili zaręczyć się. Miała spełnić się przepowiednia matki dziewczyny syna, która żegnając córkę na lotnisku w Paryżu, żartem „wywróżyła” córce, że:
- Wrócisz ze Szwecji z dyplomem i z blondynem....
Później mówiła nam, że ona myślała o takim zięciu, który będzie miał niebieskie oczy, będzie wysokim blondynem Szwedem, bo: „ w Szwecji tylko tacy są ”.... W tym ostatnim punkcie pomyliła się, z czego była bardzo rada. Mówiła do nas:
- Wy Polacy jesteście tacy jak my, Korsykanie, a Szwedzi są „zimni”...
Do Szwecji popłynęliśmy promem z Rostocku do Ystad, potem samochodem dojechaliśmy do największej przed Sztokholmem stacji benzynowej, na której czekał na nas nasz synek.
Przywitaliśmy się serdecznie, na samym początku pytajac:
- A gdzie twoja dziewczyna?...
- Zaraz ją poznacie, jedźcie za mną...
Ujechaliśmy kilkanaście kilometrów, syn zatrzymał samochód, zatrzymałem się za nim, zaczęliśmy wysiadać z samochodu a tu zaraz pojawili się rodzice naszej przyszłej synowej. Zaczęliśmy się witać nie czekając aż nasz syn przedstawi nas sobie, oni byli tacy serdeczni, bezpośredni..... Staraliśmy się ich naśladować w okazywniu serdeczności i radości ze spotkania się, z poznania się. Byliśmy ogromnie zadowoleni, witali nas ludzie, których widzieliśmy po raz pierwszy w życiu, a ktoś przyglądający się z boku temu powitaniu pomyślał, że oto spotykają się znajomi, którzy znają się ze sobą od wielu lat i są sobie bardzo bliscy. Wspólnie wnieśliśmy walizki do mieszkania syna i tam zobaczyliśmy wybrankę syna. Wtedy dopiero zaczęły się wzajemne przedstawiania się, ustalanie jak będziemy zwracać się do siebie. Zasiedliśmy do stołu a syn powiedział, że właśnie przed chwilą oglądali w telewizji katastrofalną
powódź w Polsce, są ogromne straty materialne i są ofiary w ludziach.
Potem syn opowiedział nam o planach na kilka najbliższych dni. Powiedział, że teraz zjemy lekki posiłek a potem pojedziemy poza Sztokholm, do hotelu nad jeziorem, gdzie oni (młodzi) zarezwowali pokoje i gdzie spędzimy wspólnie kilka dni. Dzisiaj nie pamiętam, czy hotel znajdował się nad jeziorem Hj älmar czy nad jeziorem Melar – one i tak są ze sobą połączone z Bałtykiem też.
Po posiłku pojechaliśmy do owego hotelu: SMÅDALARÖGÅRD AB – 130 54 DALARÖ.
/Zachowałem kopertę z tego hotelu i z niej to przepisałem powyższy adres./ Rozgościliśmy się w naszych pokojach a potem dzieci poinstruowały nas, że: ”... za godzinę mamy zejść do hotelowej restauracji na uroczystą kolację... ”. Żona zapytała dyskretnie syna: ”... a jak mamy się ubrać?... ”. Syn powiedział: „...odświętnie... ”.
Za godzinę wspólnie zeszliśmy do restauracji. Nasz stół w loży już był przygotowany, w drzwiach witał nas szef restauracji: Bonsoir, good evening. My odpowiadamy: God middak, czy: god kväll – dzisiaj już nie pamiętam ale to było „ dobry wieczór ” po szwedzku, tego nauczyły nas nasze dzieci. Szef kontynuje po szwedzku, w tym języku tylko nasze dzieci mogą z
nim prowadzić konwersacje, że tak górnolotnie powiem....
Zajmujemy miejsca za stołem, kelnerzy podają napoje, potrawy. Nic nie zamawiamy, menu już wczesniej ustaliły nasze dzieci. Zaczynamy biesiadę, jemy, wznosimy toasty: A votre santé!
A notre santé!– Za wasze zdrowie! Za nasze zdrowie!... wznosimy toast i po szwedzku: Skäl !.
Atmosfera wyśmienita!.... W pewnym momencie młodzi wstają a nasz syn mówi takim bardzo oficjalnym tonem (widzę, że tą „
oficjalnością ” chce zamaskować swoje wzruszenie):
- Pytam cię w obecności moich i twoich rodziców, czy chcesz zostać moją żoną?...
- Tak – odpowiada, nie kryjąc wzruszenia nasza prawie już synowa.... Tak! - powtarza, bo cię bardzo kocham....
Syn nakłada pierścionek na serdeczny palec prawej ręki swojej narzeczonej, ona na jego palec wsuwa taką wąską obrączkę, całują się, obie matki nie kryjąc się wycierają łzy wzruszenia a i mnie i ojcu narzeczonej syna łzy szczęścia też - tak jakoś same - napływają do oczu....
Atmosfera staje się coraz wspanialsza, na dworze ciągle jasno.
Rozmawiamy. Młodzi snują swoje plany przed nami, od czasu do czasu wznosimy toasty.
Dla nas pojęcie czasu nie istnieje; „szczęśliwi czasu nie liczą” – powiada znane polskie powiedzenie. Nasze szczęśliwe chwile przy stole od pewnego czasu zaczynają zakłócać kelnerzy:
- Czy coś podać?.... - pytają po francusku....
- No, merci....
Za kwadrans znów:
- Czy coś podać? – tym razem po angielsku...
- No, thank jou....
Za kwadrans – tym razem do młodych po szwedzku:
- Czy coś podać?....
- Nej, tack....
A potem jak tylko zobaczyliśmy kelnera idącego ku nam to już chórem wołaliśmy:
- Nej, tack...
Dzielę się spostrzeżeniem, że obsługa jest bardzo, bardzo przyjemna ale trochę natrętna.
Narzeczona syna mówi, że oni już chcą iść do domu. Dziwię się, bo na dworze jeszcze widno.
Syn mówi, że już jest druga w nocy.... Ja zegarka nie lubię nosić na ręce i sprawdzam godzinę na zegarku żony. Rzeczywiście, minęła druga godzina a za oknem na dworze ledwo co zaczyna się ściemniać. Pytam a do której godziny jest czynna ta restauracja, syn przywołuje kelnera i pyta:
- Hur dags stanger Ni?....
Kelner odpowiada a syn tłumaczy nam, że ten lokal „ już jest zamknięty od trzech godzin”
ale, że my tu jesteśmy to kelnerzy i barman też są....
A, w tej sytuacji trzeba kończyć biesiadę. Z ojcem synowej zamawiamy jeszcze po kieliszku absolutu – to na digestive: na dobre trawienie... i wychodzimy z lokalu:
- Bon nuit, żegnamy obsługę.
- Bon nuit i godnatt odpowiadają...
Po polsku znad Sekwany „ Où est la guerre….”.
Przed wielu laty gdy los rzucił mnie na Ziemię Francuską spotkałem przyjaciela, którego często wspominam. Spotkałem go, gdy – tak jak on - poszukiwałem tutaj pracy. Mój przyjaciel nie był zachwycony Francją - powiadał:
- Co to za kraj, nawet wódki porządnej nie mają, trzeba truć się ich winem....
Rzeczywiście wino mu nie posłużyło, zmarł nie dożywszy 50 lat. Ale wtedy gdy go poznałem, był młodym mężczyzną mającym 190 cm wzrostu i - tak na oko: 120 kg wagi. Brak porządnej wódki we Francji nie był jedynym problemem mego kolegi; nie „podobał” mu się piękny język Moliéra i miał problemy z jego opanowaniem.
- Co to za język? – złościł się. Pisze się kilometr a czyta się z tego pół kilometra, a do tego taka wymowa ? - nawet litery „h” nie potrafią wymówić....
Któregoś dnia dotarła do nas informacja, że w mieście leżącym niedaleko miasta, w którym zamieszkaliśmy, jest przedsiębiorca polskiego pochodzenia, który ewentualnie może zatrudnić kilku spośród nas, szukających pracy. Umówiliśmy się przez zaprzyjaźnioną osobę, że przyjedziemy w tym a tym dniu i spotkamy się o tej i o tej godzinie na dworcu kolejowym.
Każdy wie gdzie jest dworzec kolejowy i każdy nam pokaże kierunek - jeśli zapytamy. A na dworcu będzie już „ktoś” kto zawiezie nas do fabryki, którą zwiedzimy, potem porozmawiamy z patronem o ewentualnym zatrudnieniu się. Powiedzieliśmy, że przyjedziemy w pięciu i dowiedzieliśmy się, że dworzec jest w samym centrum miasta.
Umówionego dnia wsiedliśmy do mego samochodu i pojechaliśmy. Przyjechaliśmy do miasta, wysiedliśmy z samochodu a mój przyjaciel: najodważniejszy z nas - miał ku temu powody, jak wspomniałem powyżej: mierzył 190 cm, ważył 120 kg i miał głos pasujący jak ulał do swoje postury - zaczął pytać przechodniów:
- Pardon,où est la guerre ? !
Zagadnięty monsieur, zamiast wskazać nam kierunek w jakim trzeba iść aby dojść do dworca spojrzał na nas tak jakoś dziwnie i w pośpiechu oddalił się. Podobnie uciekali od nas inni przechodnie. Jeden z nich zapytał o naszą narodowość a gdy usłyszał: Polonais to z takim pędem uciekł od nas, że o mało nie wpadł pod samochód. Zdenerwowany takim zachowaniem przechodniów sięgnąłem po mój podręczny słownik polsko–francuski i zaraz wybuchnąłem śmiechem. Zamiast zapytać poprawnie: „où se trouve la gare ?", czyli: dworzec, my pytaliśmy o la guerre, czyli „gdzie jest wojna?” A Francuzi, słysząc, że pięciu Polonais szuka wojny
wiali od nas z jak od obłąkanych...
Mój przyjaciel zadał kolejnemu przechodniowi pytanie o „dworzec” a nie o „wojnę” a
ten pokazał, że to tu, zaraz za tamtym budynkiem...
Innym razem mój przyjaciel opowiedział mi przygodę jaka spotkała go gdy chciał zażyć rozkoszy cielesnej z panną tak zwanych „lekkich obyczajów”.
Pojechał na plac, gdzie takie panienki „urzędowały”. Przeszedł pobliskie uliczki ale„godnej” jego uwagi nie znalazł....” Same suche szczapy były” – powiedział potem. Znudzony, poszedł na plac i usiadł na ławce. Potem tak opowiadał:
- Ledwo usiadłem, zaraz przysiadła się do mnie taka „niczego sobie”;ciemna skóra, długie
włosy i coś do mnie zagadała. A wiesz, ja po francusku ani tak ani siak; no to ona wzięła patyk i na piasku przed sobą napisała 200. Od razu domyśliłem się, że to nie jest numer telefonu, wziąłem od niej patyk i napisałem 100. Ona wzięła patyk i napisała 150. Spojrzałem jeszcze raz na nią i powiedziałem po francusku: oui. Wstaliśmy z ławki, ona wzięła mnie pod rękę i zaprowadziła do”takiego”hotelu. Tam powiedziała coś recepcjoniście, ten dał jej klucze i poszliśmy do pokoju. Gestem pokazała, że mam się rozbierać no to zacząłem sie rozbierać ale też obserwuję co ona robi. Patrzę a ona łysa jakaś, ma takie króciutkie fryzowane murzyńskie włoski.A niech tam będzie, pomyślałem sobie. Zdjęła perukę ale całkiem łysa nie jest. Rozbieram się powoli i dalej obserwuję co ona robi. Patrzę a ona zdejmuje majteczki a ja widzę, że to.... chłop. O jak ja się wkurzyłem, zaraz trzasnąłem tego przebierańca w pysk, ze stolika wziąłem swoje 150 franków i chcę wychodzić a tu w drzwiach stoi murzyn i zamierza się na mnie, to ja zrobiłem unik i jak mu nie odwalę, że aż wpadł z drzwiami do pokoju z naprzeciwka. Schodzę na dół a recepcjonista zamyka drzwi wejściowe przede mną. To ja go złapałem za kark i mówię mu po francusku, że oskarżę jego i tego jego przebierańca o oszustwo. I wiesz, powiedział kończąc opowiadanie swojej przygody; chyba dobrze mówię po francusku bo cieć zrozumiał wszystko co mu mówiłem po francuski - bardzo szybko i bardzo szeroko otworzył drzwi przede mną - jak przed jakimś milionerem!
Niech pani nie płacze.
Mój stryjek przyjechał do Francji w pierwszej połowie lat dwudziestych. Francja, która w czasie I Wojny Światowej poniosła ogromne straty w ludziach potrzebowała siły roboczej.
Do północnej Francji ściągano robotników do kopalń i do tkalni, w rejonie Basenu Paryskiego zatrudniano imigrantów na fermes (folwarkach). We wszyskich fermes otaczających miasto, w którym mieszkam, konie i krowy „rozumiały tylko po polsku” –tak powiedział mi kiedyś starszy Polonus; rozumiały „po polsku” do czasu aż traktor wyparł konie a do dojenia krów zaczęto używać elektrycznych dojarek.
Stryjek,zaczynał jako młody człowiek, pracował na folwarku, pracował dobrze. Odłożył sobie grosza - jak powiadał – i postanowił się ożenić: „miałem już swoje lata” - opowiadał mi.
Napisał list do swoich braci, pozostających w Polsce, wyjaśnił swój sekretny zamysł „żeniaczki” i poprosił o wyswatanie „ładnej i pracowitej” dziewczyny. Wioski były biedne a tutaj taka szansa: szansa wyjścia za mąż i szansa wyjazdu „do Francyi”. Nie długo szukali moi stryjkowie kandydatki na moją przyszłą stryjenkę. W sąsiedniej wiosce znaleźli młodziutką (18 lat)
„ładną i pracowitą”, wysłali stryjkowi jej zdjęcie, stryjka zdjęcie mieli i pokazali mojej przyszłej stryjence. Spodobali się sobie „zdjęciowo”, zaczęli pisać do siebie listy, zawiązała się pomiędzy nimi nić sympatii...
Przyjechał stryj do Polski, do swojej „listowej” sympatii, dali na zapowiedzi, wzięli ślub i wyprawili huczne wesele. Stryj wrócił do Francji i począł czynić starania o uzyskanie zgody władz Republiki Francuskiej na przyjazd swojej świeżo poślubionej małżonki do Francji i o zgodę na osiedlenie się na stałe. Pozostająca w Polsce moja późniejsza stryjenka (urodziłem się chyba dziesięć lat po ich ślubie) też czyniła starania u władz II Rzeczypospolitej Polskiej o zgodę na wyjazd z kraju. Trwało to jakiś czas ale w połowie lat trzydziestych już byli razem we„Francyi”i pracowali na tym samym folwarku (potem stryjenka „ściągnęła” do Francji swoją siostrę do pracy na sąsiedniej fermes ). Życie zaczęło im się dobrze układać, kupili własny dom - co prawda blisko polowego lotniska ale powstawiali podwójne szyby, a po za tym: „samoloty jak startowały to robiły duży hałas a jak lądowały to wyłączali silniki...” - (?)tak mówiła stryjenka. W 1938 roku urodziła się Monique... a w 1939 roku stryjek został zmobilizowany, nadciągała wojna. W 1940 roku Niemcy zaatakowały Francję. Wobec zbliżającego się frontu ludność zaczęła masowo opuszczać swoje domostwa. Stryjenka wraz ze swoją siostrą zabrały jakieś toboły, do wózeczka wsadziły małą Monikę i ruszyły w tułaczkę wraz z innymi. Niemcy odnosiły ogromne sukcesy militarne. Francuzi i Alianci nie byli w stanie zatrzymać ich parcia naprzód. Wkrótce marszałek Pétain podpisał akt kapitulacji a dla stryjenki, jej córeczki i towarzyszącej im siostry stryjenki, nastał czas powrotu do domu.
Kiedy wycieńczone głodem, zmęczone marszem dotarły do domu stryjenki, zobaczyły kwaterujących w nim żołnierzy w mundurach feldgrau ...... Stryjenka rozpłakała się i zaczęła głośno, po polsku, narzekać:
- O mój Boże! - Cóż ja teraz zrobię?... Gdzie ja się podzieję?
Z domu wyszedł niemiecki oficer i poprawnym polskim językiem powiedział do stryjenki.
- Niech pani nie płacze, ja jestem dowódcą warty tego lotniska i ja zająłem pani dom na swoją kwaterę. On był pusty ale teraz gdy pani wróciła ja go za pół godziny opuszczę.
Zaniemówiła stryjenka, jak oniemiała stała jej siostra a oficer zawołał żołnierza, wydał mu polecenie i za pół godziny dom był bez Niemców ale... z ich konserwami i chlebem...
Po jakimś czasie stryj powrócił z „wojny” i...rozpoczęła się prawdziwa przyjaźń pomiędzy Ślązakiem w mundurze feldgrau a moim stryjkiem. Ba, doszło do tego, że Ślązak przewoził paczki dla francuskich jeńców przetrzymywanych w obozach jenieckich. Dom stryjka i stryjenki stał się istnym magazynem paczek, zwożonych przez rodziny, które miały swoich bliskich w obozach. Ślązak „własnym sumptem” przesyłał te paczki adresatom. Nic w zamian za swoje ogromne przysługi nie żądał a gdy mu wciskano jakąś rekompensatę.... to zaczynał zachowywać się „jak Niemiec”,czyli:krzyczał i straszył....
Ta przyjaźń pomiędzy stryjkiem i Ślązakiem stała się tak zażyła i była tak widoczna,
że nie uszła uwadze Gestapo....... Ślązak został odkomenderowany na front wschodni.
|
|
        

|