http://dziennik.swidnica.pl/informacje dziennikaarchiwum DZIENNIKAterminarz, imprezyzdjęcia z imprezhistoria ziemi świdnickiejogłoszenia - Przetargi - Reklamydyżury aptek, gabinety lekarskiefirmy przewozowe, rozkłady jazdyreklamy firmmieszkańcy-poszukiwania-pozdrowienia-przedstaw sięPolityka-posłowie-samorządowcylinki stron internetowychmapy, plany, kamery internetoweforum dyskusyjne mieszkańców powiatu świdnickiegoredakcja serwisu-współpracownicy-telefony-kontaktinformacje, interwencje, reklama i ogłoszenia w dzienniku
piszą mieszkańcy ziemi świdnickiej ranking stron powiatowychogłoszenia drobnestany wód na rzekach

Grzegorz Woźny ur. 1975r. Mieszka w Świdnicy. Maluje, pisze.
W latach 1996-2001 współtworzył Świdnickie Stowarzyszenie Literackie Logos. W tym czasie również współredagował ogólnopolskie pismo literacko-artystyczne "Arytmia".
Brał udział w wielu indywidualnych i zbiorowych wystawach plastycznych. Autor ilustracji i okładek książkowych. Wiersze i prozę publikował w prasie i antologiach. Ukazały się jego dwie książki poetyckie: Każda godzina zdatna do picia, SPP, Wrocław 1999 i Landszaft, Mamiko, Nowa Ruda 2010.

Kontakt z autorem - napisz


Z cyklu: MC, czyli wierszydła polskie


Tytuł: A. Lepper, przemówienie nadane w TVP w niedzielę 14.01.07.

bo on jeszcze by chciał
my również chcemy
dzisiaj w telewizji
zbierać faktury i listy
i w całym szaleństwie
rozsądek dwukrotnie nie
robić ludziom krzywdy

którzy przyglądają się naszym działaniom
w budżetach rodzinnych i własnych
czy to lewa czy prawa rządziła
tylko na poprzedników wszystko
analizować albo
pełne partnerstwo
w poszukiwaniu chleba
i my odpowiedzialni póki my
żyjemy na żywo



Tytuł: Cz. Miłosz, Roztropność, [w:] Piesek przydrożny, Znak, Kraków 1998, s.124

jeszcze jeszcze
chleby leżą
a struga zapachu
dźwięczy
wąska ulica w taniec
lub zasłuchanie
bez reszty
trzepoczące chorągiewki
w białych rękach
na zgodę na spoczynek
żeby ten stół zobaczyć
jak pełny sen
z którego słowa na dowód
rzeczywistemu służą
za pożywną pamięć



Tytuł: S. Grochowiak, Budowa, [w:] Nie było lata II, Interart, Warszawa 1994, s. 12

tam gdzie się kurzy na czerwono
białe policzki piersi
do zjedzenia złoto
choćby spocone kamieniem lico
lekki pociąg i słodko
chłeptać rosę
zalaną ostrą śliną



Tytuł: S. Grochowiak, Ty/My i Bóg, [w:] Nie było lata II, Interart, Warszawa 1994, s.13-14

podbite cienie do patrzenia
skory stwórca twych cienkich warkoczy
to ja i ty cichym dmuchnięciem
gasimy świecę

kierunek wichury ciężko zapada
w czarne wieko nocy
jedynie lustro wspomina
iskrę która rankiem
zbudzi horyzont



Tytuł: S. Grochowiak, Kochana jest chora/Ballada I, [w:] Nie było lata II, Interart, Warszawa 1994, s. 25-26

gdy leżysz i nikt nie mówi
w dalekim szpitalu
przytul choć listy do twarzy
i nie patrz w stronę łóżka
słowo zezwala
zaczepia skrzydła
pod sufitem tam widok śmielszy
a dobry Bóg i lepszy
wypuszcza w lot chorobę

więc skarg już nie słychać
tylko dłonie przewiewa
czas ulotki



Tytuł: A. Krzycki, Rzeczpospolita do czytelnika, [w:] Antologia poezji polsko-łacińskiej 1470-1543, GLOB, Szczecin 1985, s.198

Rzecz pospolitam – zwać mi się prywatną raczej
mam księdza mam zdrowia strażnika
władztwo wielkie i lud uliczny
co śpiewkę mądrą odprawia
dla pomyślności rzeczy
nie dla strapienia
bo słońce jakie tylko wiosną
rozwija pąki i wzrost uzyskuje
na cały rok w niezliczoną porcję
można rozłożyć jak trunek
regularny do obiadu o nałogu nie świadczy
a o sąsiedztwie wspólnego obiadania

gdy tymczasem głupi człek zwieść was gotów
w swe rady wpędza rozsądne myślenie
i rozdziela tłum z jednego stołu
na wrogie partie cechy monopole
nie potęga to będzie grozi świszcząc batem
żadnego ładu i żadnego prawa
sprawiedliwość tylko gdy okiem sięgnąć
na rozległe pole kiełki Rzeczypospolitej
tam pobożnie w gorliwej karności
wznoszą swą ojczyznę ponad ziemskie podążanie



Tytuł: Jan z Wiślicy, Z wojny pruskiej, [w:] Antologia poezji polsko-łacińskiej 1470-1543, GLOB, Szczecin 1985, s. 125

letnia to była pora kiedy lipiec zgotował
gryczany zapach na żyznych polach
tak rosła nadzieja zbioru
jak okiem sięgnąć nosa brakuje
by zwietrzyć wojnę okrutną

a czy o tę grykę sprawy straszliwe
w jęzory klepią kowalową siłą
czy aby szczęka nie kulała
brzęk trupów z wiadrami
do Styksu spada na ugaszenie pola
żeby kwitł choćby spopielałą ręką
jakby Ojciec Wszechmogący
na wodzy chmury wstrzymywał

zachęta to ogromna dla obcych mężów i wodzów
w łuk spięci odchyleni od wiatru
śmiercionośne strzały z krzykiem przeraźliwym
wysyłają olbrzymimi paczkami
zbyt ciężkimi na wagę dyplomatów

krew sępia w gawronach płynie wszędy
naturę zwierząt na jaw wystawiając
ci od strzał giną inni od włóczni świszczących
jeszcze inni od dnia z nocą
tak sklejonego że rozum zaspany
do odmalowania tylko może się nadać
nadwornemu artyście w darze nieokiełznane tworzywo

lepiej by każda strona twarz skryła
w śpiesznej ucieczce cofając czas
z siłą modlitwy nieokiełznaną
a po nabożeństwie przez ołtarzem Boga
kiedy msza odprawiona zostanie godziwie
wtedy moich Polaków wyślę do boju
o swoja osobę każdego do środka uzbroję
niech świetliście jasne wnętrzności ukażą
pod stropem bród i czupryn
na solidnym belkowaniu
dźwigające królewskie insygnia



Tytuł: Z. Herbert, Głos, [w:] Wiersze zebrane, Czytelnik, Warszawa 1982, s. 57

przesłucham fale
w najdrobniejszy organizm
tu i wstecz
za głosem

wieści w ruchu
otaczają piasek
starczą gadką
o strachu
opowiadają leniwie
rozgrzanej plaży

ten głos
echem w lesie
odbija myśli
spacerem kornika
by w mig z czasu
w zabawkę
ubrać dzięcioła

w polu bez jęku
podjęte decyzje
na życzenie promieni
brew ziemi
w zdziwieniu
głosuje kwadranse

gdzie ten głos
z walizki umieścić
gdy w duchu nazbierane sezony
wyjątki mego posiadania

muszę pod ogon
mowę rozwinąć
słuchać przydeptania
które mnie w morzu
lesie i polu
skrzętnie zaklepuje



Tytuł: Filip Kallimach, Do Grzegorza z Sanoka najwielebniejszego arcybiskupa lwowskiego, wezwanie ze wsi do miasta na Boże Narodzenie, [w:] Antologia poezji polsko-łacińskiej 1470-1543, GLOB, Szczecin 1985, s. 54

w ten czas kiedy radość ze wsi garście rozpościera
toczy radosne wezwanie tedy piszę
oto narodzin Chrystusa znów uroczystość nadchodzi
postaci maleńkiej dawnej od proroków
w myśl przepowiedni dla znaczenia obranej
Bóg sam na świecie naszym marznie
w szopie pospołu z wołem i osiołkiem
mroźną nocą tchu w piersi nabiera
od śmierci oddechy odgania
a świętość w korowodach mnoży wieści
o niezmiernej boskości Rodzica
siła w nim taka sama bo z jednego wzięta
na ludzkie uczynki pomoc nagląca
trzech królów źrenice za gwiazdą poszły
by w słodyczy klęknąć złotem siano zmierzwić
i oczy śmiertelne otworzyć w ofierze
muzyka temu szczęściu przygrywa
pasterską nutą wygłodzona
lecz srogą zimę przegania w przepaść złego imienia
racz więc i Ty Wielebny wśród maluczkich zasiąść
jak lud wsi na klęczkach zjednoczony
własne wołanie w szczerości niezwykłe
a prawda w ustach gości w Chrystusa imieniu
o rychłym ludzi odkupieniu



Tytuł: Jan Dantyszek, Epigram na książkę Kopernika, [w:] Antologia poezji polsko-łacińskiej 1470-1543, GLOB, Szczecin 1985, s. 228

kształć ty się żądna wiedzy młodzi w tych naukach
aby ten zmysł w sobie oblec pożytku pełen
w prawości gwiazd nagromadzenie
swą siłą uczone stopy do chwały doprowadzi
blask uroku tajemnic nieb
nikt zburzyć nie podoła choćby złą wolę w piersi nosił
i obrotów prawa biało na czarnym płaskie druki oglądał
przestworza ogromnej siedziby w ruchu nie ustają
pieczęć ziemi w żeglugę biorą z całym jej dobytkiem
a mleczna droga długa na zagadkę w sam raz do wyliczenia
wielką zabudową imion dla wyobraźni morzem bezmiernym
jeśli ogarnąć myślą pragniesz te przestwory
oko w rozum zaprzęgaj a łez w niemocy nie wylewaj
sercem kopernikową księgę w pamięci zachowaj
bez lęku gwiezdne zborze dla potomnych nazywaj
gdyby nawet wrzawa od ludzi nie ucichła
na powrót błąkając twój język w bezmyślną karność
oddany swym marzeniom nauki bądź gospodarzem



Tytuł: Klemens Janicjusz, Elegia VII, [w:] Antologia poezji polsko-łacińskiej 1470-1543, GLOB, Szczecin 1985, s. 259

z miasta które jak wieść niesie z piwa wybornego sławne
i środkiem ważnego szlaku dla handlu w usłudze
ślę te oto czytanki w swoim Grzegorza ze Świdnicy imieniu
trzeźwego pomysłu pełen snuję elegii świadectwo
zimowego smutku raczej niż faktycznej krzywdy czy jakiej choroby
warte abym w szczerości z początkiem życzenia przekazał
które daj wiarę żywym błogosławieństwem Tobie i Twoim bliskim
nowin co myśli zajmują doszczętnie jest nazbyt wiele
nie lada potężna głowa nie podoła choćby w części chciała
pozwól że tylko z lekka swe żale wyleję
bo skargi nie chcę żadnej tylko sprawozdania prawdziwego
tak więc w dystansie słuch zamieniaj i kwiatem przyozdabiaj
młódź nasza niepokojem stoi w naukach mało pilna i leniwa
chuć jej umysł zaćmiewa wiodąc na rodziców strapienie
dziewicom we wstyd chcą zaglądać nim dzwon nauki uzupełnią
boleść rozrywająca piersi do śmierci się przyczynia
w czternastym czy piętnastym roku ziemskiego bytowania
a że skoczek czeski nieco sił odzyskał też trzeba wspomnieć
całkowicie marny był jak go wiatr nie zechciał
wolałbym słowa nie rzec i w sprawie Wielgusa
dla którego moher gotów z kosą stanąć
ksiądz ten tak zręcznie za Boga stanął zasłoną
treści nowomowy biegle opanował
widać umysł zdolny pewny stanowiska
tępym ludem w niedzielę i święta zaostrzany
ale na tym koniec spowiedzi z dnia Polski jednego
by w gniew nie pchać codziennych sprawunków
i radość w służbie państwu dochować
ten kraj z którego każda morga ważna
niech Bóg w rozsądku łaskawie uchowa



Tytuł: K. Karasek, Przekład z Lutosławskiego, [w:] Poeta nie spóźnia się na poemat, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1991, s. 67

na własnych udach
nosi krew
miodowo lepka
postać eucharystii

z trudnej kulki
wyciśnięty rzep
jak smycz w okolicach
wody z mydłem
w niczym do niej niepodobny
lutnik który jęk z marnej wiolonczeli
rozszerza dla prostej melodii
pomocy pomocy naukowej
trzeba jej w kakofonię
mrugać przez ulice
niebieskim światłem
żylna czy tętnicza
zagadka
broczy jucha niemożliwa
z zamkniętego układu
pięciolinii
w nadmiarze mowa muzyczna
balansuje cienką stróżką
ślad tej melodii
w pielgrzymce do kolan
i pięt



Tytuł: J. Twardowski, Między gołębiem a ornitologią, [w:] Znaki ufności, Znak, Kraków 1995, s. 79

ile jeszcze pozostało świętego
miejsca którego nie odczyta centymetr
ile zapragnie pokurczona przestrzeń
zdolna wyliczyć Wordy MP4 i błyszczące
w słońcu metale kolistej wędrówki
ile jeszcze miejsca na modlitwę
ile miejsca na pokorę
ile słów trzeba kamieniem zarzucić
nim się jedno ziarno uchowa
ile zbóż potem ogrzanych ruchem wiatru
syci podniebienie
pomiędzy dobrym sercem a kardiologią
pomiędzy smakiem Kanta a jabłecznika
może pomiędzy lazurowym morzem
pomiędzy Bogiem a podobieństwem



Tytuł: Mikołaj Sęp Szarzyński, Do Najświętszej Panny, [w:] Antologia polskiej poezji metafizycznej epoki baroku, IBL, Warszawa 1993, s. 50

Panno w ostrości cieniem nie zakryta
blaskiem słonecznym w trwałej otulinie
błękitu nieba niedościgłej cenie
na wieki wieków trwałego żywota

mego pomyślunku zbyt ciasna grota
z prośbą w kolejkę ustawia gadanie
żeby w starości ciała rusztowanie
wzmocnić nieco pożądliwie mamrota

racz spojrzeć w oczy taka w nich ciasnota
miej baczenie na łez liczne spadanie
nie mów że nadmierne me używanie
bo czas coś wypić toż dzisiaj sobota

łaski pełna swą mocą mnie uchowa
Najświętsza Dobroć Panna Apteczkowa



czuwanie V”

dla samej pracy
skończyć wydmuszki
i oddech zostawić
w środku w przeciągu



"śledczy"

mydlane czytanki śledczego
wersety gdy na to patrzeć
nie zdoła biegły nausznik
lecz wiatr czy z lasu echo
puste drzewo pieści
rdzeń prześmiało jak
w karty straciło ciekawe
co ściągniesz z czoła
na wieści z dobrego pancerza
czy jak tę słynną tarczę
docenić w szczegółach
obronić bez znaku walki



„ xxx”

spośród prądu trwałej lodówki
dźwięk dopiero gdy już dosyć zimna
w powietrzu słyszane ślady
skreślone jak szczęśliwe cyfry
od ręki czyżby kijem świsnąć
lecz szczegół pomińmy
dym we wszystkich pokojach
to kobieta z paleniska
szemrze ten szmer zostaje
słowa nie słychać do kogo tylko
wiadomo modlitwa



„Słowa do melodii”

niewidzialny poszedłby
za mną gdziekolwiek jesteś
gdziekolwiek poszłaś
zanurzyłby czy wśliznął
ostrą dłoń w jej dłonie
a potem ostrą dłoń
w koronki królowej
niepomarszczonej i niezmiętej
wielce pani panującej
medal chcę nowy medal
w jego imieniu jak wuj
mój dziadek pokrzyżowany
virtuti za ręce
potem niewidzialny
spytałby o migawki
jak biegną skrawki równowagi



„Hulanka i przeciąg z żabą tle”

a ledwie otwarte drzwi
na baczność ta fala
zdarta obłocona
tuż za szybą żywotnie
sterczy w ostrogach mackach
drabinach pączkach
z żabą w tle



xxx”

żołądź piersią prze
na umur wesołą ręką
że przywitam jestem
poprawnym pędem
w czasie



„W drodze do pracodawcy”

pociągam siarką po wodzie
jak pociąga się nosem
i zaklinam ogień w misie
mocą gumowych rękawic
wysilam głowę szamponem
na pieniądz skupiam
zachcianki



Jeszcze jedna piosenka”

jeden wymieniam drugi oceniam
jak trwale trzeba nam tego
by ważnym być i przez ważnych chcieć
medalu najlepiej złotego

jest świstków plik za każdy łyk
oddałbym wnet każdego
byleby móc uścisnąć dłoń
pana wielceszanowanego

jednym razem mówią mi jury
gdy z miasta przyjeżdżam dużego
tu choćbyś od serca posłał
kloca strasznie ważnego

każdy przyklaśnie za twoją głową
jak brat kciuk palca serdecznego
spod kołdry mroczny bąk się roznosi
bo pszczół szukasz do miodu sztucznego



„stopa”

widziały gały co brały
i masz te sinusy teraz
moja żono w kratkę
w pokoju i wojna
zmęczonych okularów

zakasane rękawy
gdy omijamy barany
ścieramy sobie kożuch
napychamy hostią

metka na chlebie najgorzej
gdy nazwisko niesmaczne
od muchy grzelca pastuszka
to jakoś źle się je

przyjmuję na siebie
szklanki mleka i mąkę
banały z pierwszej ręki
że ludzka stopa
stanęła na listonoszu
i nigdzie dłużej nie zagości



„W fotelu”

Chrabąszcz z kaszlu do innych ust.
We włosach szeleści, nawet widać,
co dwie klatki jaśniejszy obraz.
Roznosisz oczy w szczegół,
pod płótno, gdzie jest kulka z ciebie.
Na oczy rzucił się skręcony
włos lub więcej drobiazgów,
więc dotknąć ekranu:

Z wanny wstał przechodzień,
bo patrzył na niego różowy okaz,
który z oka był
jakby mógł rozrodzić.
Zerka, całuje rączki,
i przyjemny, przystojny samiec.

Malutka – to o nią chodzi –
ścięgnista jak węch tygrysa.
Czy takie usta smakują?
Wokół nic nie odciśnie,
miękko jak dla siebie.

Z tapety głowa rośnie,
z płaskiego skrzydła,
by nie odlecieć.
Z pokoju żadną miarą.
Od piór z daleka,
niech siwy mech nie idzie za mną
w zgodzie z różową skarpetą.
A oko sprawne; malowane spojrzenie
w starym fotelu, do lustra
tyłem od spowiedzi.



„xxx”

zrób sobie larwę
jak z pamięci odżyj
to na co się patrzyło
zawinięte
w betlejemską nędzę
wychuchane oświetlone
w drodze
choć z pustyni
niezmierzone ziarno
kolejno odlicz



„ kierunek”

jeszcze byłaś przed chwilą
gdy cokolwiek mówiłem
gęstymi brwiami
którymi łatwiej nazywam
fotografie letnich wyjazdów

nie potrafię pogodzić
naklejek na każdą minutę
pochłaniają nas wzajemnie
lepką materią zmysłów
siarczystym uniesieniem
twórców marketu



„ xxx”

pragnąłem tylko
uspokoić blask
nagły gdy z bramy
nagły gdy zza rogu

wtedy twarz chorego
wspiąwszy się tak wysoko
zrzuciła ciepłą odzież
nagłej śmierci zimy



poznaj nowych ludziPrzeglšd prasyPlebiscyt - Niepowtarzalnimieszkańcy powiatu piszšznani artyœci wystawiaja w dziennikuznani artyœci wystawiaja w dziennikuKlub Radnych Powiatu - PiS
Klub Radnych Pis TLEN Java bez instalacjiWeb Gadu-Gadu bez instalacji
Straż Obywatelska